Cyklady przez Okno Apollina   
relacja z rejsu Zbigniewa Klimczaka

 

Apollin patrzył przez to Okno na Naksos ale widać przez nie również Cyklady. Jakie więc są te Cyklady, Anno Domini 2005 r ?! Są  dalej „perłą” Grecji a archipelag liczy 211 wysp. Nazwa Cyklady wywodzi się z czasów, gdy centrum religijnym  była wyspa Delos, położona blisko Mykonos.

Słowo Cyklady oznacza „te wokół” i ma oznaczać swoisty krąg wysp położonych wokół Delos. Planując w zimowe wieczory rejs, musimy podjąć decyzję w jakim kierunku ten krąg pokonywać aby Bogowie zapewnili pomyślne wiatry. Zgodnie ze statystyką,  w okresie 24.09 – 08.10. b.r. wiatry mają wiać w 60 % z kierunków N i NE i ten fakt każe wybrać  kierunek krążenia przeciwny do wskazówek zegara. Ustawiamy, jeszcze w domu,  waypointy na wyspy: Milos, Santorini, Ios, Naksos, Mykonos, Tinos, Kea a samolot tanich linii lotniczych Wizzair, przenosi nas do  Aten. Lądujemy o 18:40 czasu lokalnego. Do mariny w Kalamaki możemy dostać się wygodnie autobusem ekspresowym X96, mającym przystanek przy samym wyjściu z terminalu a bilety za 2,90 euro kupujemy w pobliskim kiosku. Wg informacji od czarterodawcy mamy do przebycia 21 przystanków  oraz wiemy, że od  autobusu do mariny mamy jeszcze 2 km. Autobus jest ekspresowy i zatrzymuje się wyłącznie na żądanie, więc liczenie przystanków odpada, bo jest wieczór i nawet ich nie widać. Prosimy kierowcę, aby zatrzymał się blisko Alimos - Mariny w Kalamaki i gotowe. Po przeciwnej stronie dwupasmowej jezdni odchodzi boczna droga do mariny i jeśli to jest pirs 2 (firma Kiriakulis) to mamy do przebycia kilkaset metrów i już jesteśmy na jachcie. Przejęcie jachtu w tym dniu odpada bo firma  o 21:00 kończy pracę. Pozwalają przespać się na jachcie ale reszta formalności na drugi dzień. Jeszcze gorzej z zakupami. W sobotę po 18:00 wszystko pozamykane a jedyny dość drogi market leży o dwa kilometry dalej. W niedzielę wszystko zamknięte. Bosman obiecał jakiś busik firmowy na zakupy ale... tylko obiecał.

Alimos to jedna z największych marin w Grecji i ma wszystko co żeglarzowi potrzebne. Na kei jest woda i prąd ale już z sanitariatami i prysznicami jest kiepsko i tak będzie do końca z jednym wyjątkiem, o którym później.  Budynek sanitariatów dość zaniedbany, zdewastowany, choć obsługa próbuje utrzymać czystość ale już nie ciepłą wodę. Ważne aby ruszyć wreszcie w drogę i tak też czynimy. Kalamaki to nie jest idealne miejsce do startu na Cyklady, bo do najbliższej wyspy Milos mamy 85 Mm a chcąc zahaczyć o resztki Świątyni Posejdona na cyplu półwyspu Sounion, trzeba dodać jeszcze z 5 Mm. Przy słabym wietrze pod wieczór wyłaniają się na szczycie wzgórza kolumny Świątyni. Niestety, do zatoki wpada dość silny wiatr i raczej kotwiczenie niewskazane, więc oglądamy ruiny z poziomu morza i po wykonaniu serii zdjęć obieramy kurs na Milos.

Wbrew obawom, w nocy zaczęło podwiewać i świtem jesteśmy przy wyspie. Cumujemy w porcie Adhamas, jak w większości tamtejszych portów, kotwica z dziobu i rufą do nabrzeża. Tu i gdzie indziej, nie potwierdziły się informacje i ostrzeżenia, że przy nabrzeżach jest płytko i można przytrzeć kilem. Nabrzeże portowe w tym mieście, to promenada z dużym ruchem prawie do rana.

Na drugi dzień wynajętym za 40 euro Oplem (6 – 7 osób) zwiedzamy wyspę, piękne i malownicze miasteczko Apollonia, groty i zatoczki z „fiordami”. W Adahmas rozbudowano nabrzeże miejskie a po prawej stronie (wchodząc do portu) jest nowa marina oraz kapitanat portu. Tam też jest dobry i tani market.  Na nabrzeżu woda, prąd (płatne) a paliwo z cysterny.  Ceny wody wahały się od zera do 3 i 5 euro za tankowanie. Wyspa jest pochodzenia wulkanicznego a o jej urodzie stanowią fantastyczne formy, szczególnie na zachodnim brzegu.

Wychodzimy z portu w dalszą drogę, okrążając wyspę po stronie zachodniej aby podziwiać te widoki i dalej do odległej o 71 Mm, najbardziej znanej wyspy, Thiry (inaczej Santorini). Thira to rogal z zatoką w środku  a raczej zalanym wodą kraterze, po wybuchu wulkanu. Małe wysepki w tej zatoce to nagromadzenie lawy i popiołów. Wyspę zniszczył wybuch wulkanu w 1550 r. p.n.e. co się łączy się z legendami o Atlantydzie i „Szczęśliwych wyspach zatopionych przez morze”. Krajobraz raczej ponury ale nam niezwykłych wrażeń dostarczył wczesnym świtem, widok wspaniale oświetlonego miasteczka na szczycie skały, zaraz po wejściu z morza do krateru. Na Santorini jest nowa marina, niestety locja jeszcze jej nie pokazuje, ale na C- mapie z 2004 r już jest pokazana. Zlokalizowana jest lekko na prawo od miejsca postoju promów i kolejki na szczyt. Przeważnie stoi tam jakiś dwu, trzy masztowiec, więc łatwo ją dostrzec. O atrakcjach Thiry poczytajmy w przewodnikach, tyle tego jest do zwiedzania. Na szczyt możemy się dostać kolejką linową lub na osiołku po 580 stopniach albo własnych nogach. Jeśli chcemy tego uniknąć lub brak miejsca w marinie, to płyniemy do portu Vlikadha na południowym cyplu wyspy - to tylko kilka Mm. Woda, prąd na kei i paliwo z cysterny. Port rybacki więc czasem śmierdzi rybą a i o miejsce też może być trudno, zwłaszcza popołudniu. Natomiast tam, na górce jest przystanek autobusu do Thiry, ale jak to w Grecji, pojedzie lub nie.

Kolejną wyspą na trasie naszego rejsu jest oczekiwana z zainteresowaniem wyspa Ios, kiedyś Mekka hippisów. Jest to jeden z najbezpieczniejszych portów na Cykladach aczkolwiek w nocy trochę hałaśliwy. Nad portem góruje  średniowieczny zamek i wiatraki. Miasto właściwe znajduje się na wzgórzu i jest jak prawie każde greckie miasto, niezwykle urokliwe. Na tej wyspie, wg Herodota, znajduje się grób Homera. Woda i prąd na kei, paliwo z cysterny.

I znowu w drogę, przed nami największa wyspa i miasto o tej samej nazwie – Naksos. Nie zalecałbym wchodzenia do Naksos nocą. Locja podaje, że przy cyplu Moungri są kardynalnie oznakowane wraki, ale to dzisiaj nieprawda. Jest  zamiast tego latarnia sektorowa, ale kawałek od wraku wystaje z wody wierzchołek skały a jeszcze dalej drugi. Widoczne tylko przy gładkiej wodzie a chyba zupełnie niewidoczne przy zafalowaniu. W odróżnieniu od innych, Naksos jest dość zielone winnicami, gajami oliwnymi, figowymi i cytrusowymi. Jest to miłe urozmaicenie dla oczu zmęczonych dotychczasową „kupą kamieni”. Przy wejściu do portu, na kiedyś wyspie (obecnie połączonej z lądem, groblą) widoczne jest olbrzymie wejście do świątyni Apollina, nazywane „Oknem Apollina” na Naksos. Patrząc przez to „Okno” w kierunku Cyklad, postanowiłem taki tytuł nadać relacji z rejsu. Locja fałszywie podaje, że cumowanie może być na long-side. Dobudowano poprzeczne pirsy i stajemy wyłącznie: kotwica z dziobu i rufa do kei. Prąd i woda na kei ale każde z nich załatwia inny człowiek. Za postój i podłączenie do prądu 10 euro, bez ładowania tylko 5 euro. Woda 3 euro. Paliwo z cysterny, jak wszędzie 1 l za 1 euro. Pełno wypożyczalni samochodów, skuterów a nawet rowerów, banki no i to co żeglarz lubi najbardziej- tawerny. Sam port dobrze chroniony od wszelkich wiatrów. Locja podaje jeszcze kilka możliwości cumowania w zatokach, w zależności od wiejącego wiatru. 

W Mykonos marina jest zlokalizowana ponad milę od miasta ale są autobusy. Prądu nie ma a po wodę i paliwo trzeba telefonować. Falochron przebiega dość blisko brzegu i od połowy toru jest raczej płytko. Cumowanie burtą i my w październiku stoimy na trzeciego a po chwili mamy przy burcie czwartego. Trudno sobie wyobrazić co tam się dzieje w pełni sezonu. Mykonos oferuje bujne życie towarzyskie oraz kulturę w postaci Muzeum Morskiego i Muzeum Folkloru ale marina rozczarowuje. Nadzieją na przyszłość jest rozkopany wokół teren a więc zapowiedź jakichś robót przy rozbudowie. WC znajdziemy w porcie promowym, za mostem, w dole.

Jeszcze w domu, w zimowe wieczory, wiedzieliśmy, że muzeum w  Delos jest w poniedziałki nieczynne i plan rejsu ten fakt uwzględniał. Jednak życie sprawiło, że w Mykonos byliśmy dopiero w poniedziałek a termin oddania jachtu nie pozwalał na zatrzymanie się do wtorku. Czytamy więc sobie wyjątki z przewodnika. Wyspa liczy 4500 lat i była religijnym sanktuariom starożytnej cywilizacji, zachowały się tam liczne świątynie, w tym trzy Apollina, Dionizosa, teatry i inne zabytki. Wg greckich mitów to właśnie na tej wyspie Lautona urodziła Zeusowi Artemidę i Apollina. Do portu wyspy Delos jachtom przybijać nie wolno a wokół wyspy jest płytko i kamienisto. Kto nie chce ryzykować utraty kaucji, niech korzysta z promu z Mykonos.

Kolejną wyspą na naszej trasie jest Tinos. W zimowych przygotowaniach do rejsu ta wyspa jakoś umknęła naszej uwadze a znalazła się w programie z powodu znalezienia się dokładnie na naszej trasie. Dobrze, że jej nie pominęliśmy, bo rzeczywistość okazała się wspaniała. To wyspa sztuki , wyspa święta z powodu cudownego sanktuarium, gdyż w  Kościele Zwiastowania przechowywana jest cudowna ikona Matki Boskiej, znana w Grecji jako "Wielka Radość", przyciągająca tłumy prawosławnych pielgrzymów. Nazywana też wyspą wiatrów z powodu ich siły i niestety mieliśmy „przyjemność” zaznać tej siły. Z chmur po zawietrznej stronie wyspy cały czas spadał na nas katabatyczny wiatr, pozwalający nieść na jachcie tylko skrawek foka.  Na wyspie znajduje się świątynia Posejdona i Amfitryty oraz 800 kaplic. Z ciekawostek należy wymienić „spotkanie” w jednym ze sklepów z wyrobami artystycznymi i pamiątkami kilku wywieszonych dream catcher – łapacz snów północno-amerykańskich i kanadyjskich Indian i właścicielka była świadoma co wystawia.

Ostatnią wyspą na trasie jest Kea. Widowiskowa wyspa w odległości 15 Mm od Attyki. Najbardziej znaną jest zatoka Agios Nicolaos. Stajemy w znanej wiosce rybackiej, naprzeciw kilku tawern. Kotwica i to daleko od brzegu, gdzieś na 12 m głębokości trzeba rzucać. Kilka jachtów musiało rzucać kilkakrotnie lub nawet przedłużyć liną łańcuch kotwiczny. Mimo, że locja podaje iż jest to najbardziej bezpieczny port, to niestety, małymi przełęczami pomiędzy wzgórzami, nieźle wiało do portu. Tylko szpringi dziobowe zapobiegały obijaniu się jachtów. Przystań ma jeszcze jedną wadę, w nocy, sądząc po zapachu, nabrzeżne tawerny spuszczają do wody fekalia. Rada dla żeglarzy, stawać możliwie przed wsią. W środku nabrzeża brzydko pachnie a na końcu jest płytko.

Od dwóch dni wieje bardzo mocno, tylko szelki ratują nas przed wysiadką, więc postanawiamy skrócić etap z Kei do Kalamaki i przeskoczyć nocą, kiedy ma wiać „tylko” 6 oB. do Mariny Olimpijskiej w Lavrion. Budowana przez kilka dni fala daje się nam we znaki i 15 Mm zabiera nam prawie 5 godzin. Marina luksusowa, porządek, marmury w WC i prysznicach, zamki na karty magnetyczne (programują nasze Visy lub inne karty) ale dla gości jest miejsce całkiem z brzegu, gdzie wieje jak diabli. Płacimy jak na Adriatyku, 38 euro za noc. Jacht oplątany cumami i szpringami jakoś stoi ale górą wali jeden huk. Niewyspani, o 05:00 oddajemy cumy i ruszamy do domu. Pierwsza fala z morza powoduje, że tracę latarnię z oczu i odnajduję ją po chwili za rufą. Ale potem już jest spokojniej a po godzinie przed nami wyłania się pięknie oświetlona świątynia Posejdona na cyplu Sounion. Za godzinę zamkniemy krąg po Cykladach i prosto do Kalamaki. Trzeba płynąć trochę na okrągło bo jest kilka wysepek a na końcu latarnia ostrzegająca przed skalistym grzebieniem, wychodzącym daleko w wodę. Za nią, pod wodą wrak statku, który ten grzebień przegapił.

Tak kończy się rejs. Przebyliśmy 365 Mm i w morzu byliśmy 109 godzin.

Morze Egejskie to był kolejny, po Adriatyku, etap wędrówki. Jakie zatem porównanie? Po pierwsze to kolejny stopień trudności, większe odległości pomiędzy wyspami, silniejsze wiatry, większa fala. Widokowo, ktoś nazwał Cyklady kupą kamieni i tak to jest. Do tego dochodzi brak w zasadzie infrastruktury i nie widać aby Grecy coś w tym kierunku robili. Poznana niemiecka załoga poinformowała nas, że w niedalekiej Turcji jest bez porównania lepiej, lepiej niż w Chorwacji. Cyklady, dzięki kontaktowi z miejscową ludnością, dają zupełnie inne wrażenia niż luksusowe ale jednak  odosobnione mariny w Chorwacji, leżące z reguły z dala od miast. No i ten niepowtarzalny styl budownictwa i kolorytu miast i wsi. To wynagradza z powodzeniem inne braki cywilizacji .

Zbigniew Klimczak   

    DO GALERII

             KONTAKT

MATERIAŁY POMOCNE PRZY PLANOWANIU REJSU

                                                                                                                                               

O autorze

Zbigniew Klimczak – szkolenie i wychowywanie żeglarskiej młodzieży to jego pasja od ponad 30 lat. Był założycielem Dziecięcej Szkółki Żeglarskiej, którą prowadził przez wiele lat i przez którą przewinęło się kilkaset dzieci. Długi czas pełnił funkcję Kierownika Wyszkolenia Żeglarskiego w ośrodku Huty im. Sendzimira w Zielonym Gaju na Mazurach. Prowadził własną Szkołę Żeglarską. Żeglarz szuwarowo-bagienny, nie stroni jednak od morza. Doświadczenie zdobyte w pracy z młodzieżą zaowocowało napisaniem podręcznika "Żeglarz jachtowy – teoria i praktyka", wydanego przez Wydawnictwo Bezdroża w 2004 r. W 2006 r. ukazało się jego wznowienie pt. "Żeglarstwo śródlądowe", jako reakcja autora na powstałe zamieszanie w sprawie patentów, stanowiące nadal kompendium podstawowej wiedzy żeglarskiej. Plonem wypraw morskich jest książka wydana przez to samo wydawnictwo: "Adriatyckim szlakiem – Chorwacja dla żeglarzy". Na ostatnich Targach W&W zadebiutował przewodnik "Polska dla żeglarzy". Autor wielu publikacji w magazynach żeglarskich „Żagle" i „Rejs", stały współpracownik nowego magazynu „Jachting". Aktywny na żeglarskich stronach internetowych. Przykłada wielką wagę do starannego wyszkolenia przyszłego żeglarza, ale jest znanym w środowisku żeglarzy i Polskiego Związku Żeglarskiego przeciwnikiem przymusu w zdobywaniu patentów, a szczególnie przymusowego  szkolenia i monopolu PZŻ

Relacja ukazała się w czasopiśmie Jachting nr 10 z 2006 r.