Dziennik z wypadu rodzinki Tomka na Riwierę Olimpijską

Dzień pierwszy (sobota 27 kwietnia)

O godzinie 7 minut 10 wyruszamy w podróż pociągiem relacji Warszawa Wschodnia - Budapeszt Nyugati. Po niecałych 3 godzinach meldujemy się w Katowicach i punktualnie o 10-tej pakujemy się do rasowego autokaru (hiszpańska wersja Scanii) witani przez naszą pilotkę - panią Zytę. Trasa wiedzie przez Korbielowo na Słowację. Na przejściu granicznym małym zgrzytem był ponad godzinny postój spowodowany koniecznością konsumpcji przez słowackich celników zasłużonego posiłku. Przelot przez Słowację i Węgry mija bez przygód i około północy docieramy do granicy serbskiej na przejście Szeged - Roszke. Sprawnie odprawieni przez bratanków zasypiamy smacznie.

Dzień drugi (Prawosławna Niedziela Palmowa - 28 kwietnia)

I... po czterech godzinach budzimy się ciągle w strefie między granicznej, przed Serbią. Tajemniczy rezydent naszego biura turystycznego pan Goran wyczyniał tajemnicze figury dyplomatyczno - celne abyśmy mogli wjechać do tradycyjnie przyjaznego nam kraju. Zupełnie przyzwoitymi drogami (mimo zasłyszanych plotek o ich strasznym stanie) docieramy z przerwą na obiad (o 6-tej rano, 2 dania + deser) do granicy z Macedonią. Jadąc przez Serbię rzuca się w oczy dziwny sposób budowania domów w wioskach i miasteczkach Serbii. Wygląda to tak jakby w ostatnim czasie wzniesiono w Serbii mnóstwo (10 - 20 % ogółu) domków. Budowane są z czerwonych pustaków (lub cegły) z dachami z czerwonej dachówki. Jednak domki te nie mają okien, drzwi, tynków - takie czerwone półprodukty. Albo Serbowie przeżywają boom budowlany i właśnie je zbudowali albo nagle odechciało się im budowania (może problemy finansowe). Na granicy serbsko - macedońskiej straszny bałagan ale przejazd trwa tylko godzinę. Jako ciekawostkę należy wspomnieć wielką dbałość macedończyków o higienę. Każdy samochód zmuszony jest do opłacenia opłaty "za dezynfekcję" podwozia i kół. Dezynfekcja polega na przejechaniu niecki z brudna mazią i ewentualnym spryskaniu ręczną hydronetka kół pojazdu, opłata wynosi 5 euro. Wjeżdżamy do górzystej republiki byłej Jugosławii (Grecy konsekwentnie nazywają ją FYROM - Former Yugoslavian Republic of Macedonia). Widoki piękne, drogi takoż (długo takich górskich autostrad - jednokierunkowe! Drugi kierunek szedł z drugiej strony góry) to nie będziemy mieli. Trzeba też podkreślić, że zarówno w Serbii jak i Macedonii rozwiązano problem przekraczania dozwolonej prędkości przez Tiry i autobusy. Pojazdy te mają bowiem tak zwane tachometryczne rejestratory prędkości, które pokazują z jaką prędkością poruszał się samochód na całej trasie. Kontrola jest nieunikniona (3 - 5 razy na trasie) i po prostu nie można przekroczyć ograniczenia i nie zapłacić. W Serbii 2 - 5 euro w Macedonii ponad 40. Limit prędkości dla autobusu w terenie niezabudowanym to tylko 80 km/h i dlatego milicjanci drogowi w Macedonii oglądają wykresiki tachometrów bardzo uważnie. Oczywiście nikt nie ma jakiś tam bloczków mandatowych, wszystko do kieszonki. Przed miejscowością Titov Veles patrol "rangersów" zgarnia jak leci wszystkich z autostrady na objazd przez centrum miasta. Nasz widok wywołuje uśmiechy na twarzy milicjantów (łatwy łup) i prawie półgodzinna dyskusja z naszymi kierowcami panami Markiem i Tomkiem o tym czy było 82 czy 80 km/h. Kierowcom bynajmniej nie w smak było tracić 40 euro i nic niestety milicja nie zarobiła. Oglądamy za to ładne miasto położone na stokach wąwozu rzeki Wardar (potem wpływa do Grecji już jako Axion i jest najdłuższą rzeką Hellady). Na granicy macedońskiej mamy już ponad 6 godzin spóźnienia i przyjmujemy propozycję macedońskich celników tzw. odprawy ekspresowej czyli 5 euro w paszport i już jesteśmy w strefie między granicznej. Wjeżdżamy na górkę i przed oczami widzimy zjazd na grecki punkt graniczny a na tym zjeździe przed nami stoi 16 autokarów w tym 14 polskich.  Grecy nie odprawiają autobusów bo mają szczupły skład celników i czekają na zmianę (3 godziny). Interwencja dyplomatyczna sił KFOR (bo ktoś ma znajomego oficera) spowodowała, że zaczynają z niezwykłą skrupulatnością sprawdzać dwa autokary z Bośni i Hercegowiny (ponad godzinę) stojące na czele kolejki. Tymczasem prawie 1000 tłum rodaków odwiedził już sklep wolnocłowy i organizuje sobie spontanicznie wieczór grecki czyli ouzo i zorba w dużych dawkach.

Dzień trzeci (poniedziałek - 29 kwietnia)

Po ponad 5 godzinach postoju na granicy docieramy do Grecji i mkniemy w kierunku Riwiery Olimpijskiej. Mijamy fantastycznie iluminowany zamek w Neoi Platanas i wjeżdżamy do Neoi Poroi. Mimo późnej pory budzimy restauratorów i jemy obiad (o 3 w nocy...) potem do apartamentów (w trzech różnych domach przy ulicy Zorby - odos Zorbas) i lulu. Jako rodzinka nie jesteśmy zadowoleni z naszego apartamentu bo miało być dwupokojowe studio a jest czteroosobowy pokój. Pani pilotka zapewnia nas, że jutro sprawą będzie wyjaśniona. Rano udajemy się na pierwszy spacer ulicami Neoi Poroi - pustawo tu jeszcze, jesteśmy chyba jednymi z pierwszych letników. Nasza restauracja znajduje się w tawernie "Kyma" leżącej nad nadmorskim bulwarem. Zaznajamiamy się z otoczeniem i odkrywamy tawernę "Familia" gdzie będziemy stałymi gośćmi. Serwują tu najlepszą kawę i frapę w Grecji (naszym zdaniem). Plan na dzisiaj to odpoczynek na plaży i wieczór grecki... wieczorem. Plażujemy nad zimnawym jeszcze morzem, gdzie oprócz paru Niemców i kilkunastu rodaków - nikogo. Parę tysięcy hektarów plaży tylko dla nas. Od razu łapiemy charakterystyczną, "słowiańską" opaleniznę (czerwień w wielu odcieniach) chociaż staramy się opalać rozsądnie (czyli krótko i dokładnie wysmarowani). Odwiedzamy kilka sklepików z pamiątkami (w tym jeden prowadzony przez Rosjankę) i robimy pierwsze zakupy. Chciałem podszlifować grekę i angielski a tu dawaj po rosyjsku. Odwiedzamy świątynię prawosławną leżącą w centrum miasta (bardzo dużą jak na wielkość społeczności w Neoi Poroi). Z ogłoszeń parafialnych wynika, że w piątek odbędzie się procesja ze świecami i tradycyjne nabożeństwo rezurekcyjne. W każdy dzień  Wielkiego Tygodnia przewidziane są modlitwy i liturgie. Dzieci zapalają tradycyjne świeczki i udajemy się na zwiedzanie starszej części miasta. Przy kościele spotykamy panią Zytę, która poinformowała nas, że przed obiadokolacją przeprowadzimy się do innego lokalu. Lokalem okazuje się studio (czyli M2 z kuchnią i łazienką) nad tawerną "Kyma" - naszą jadłodajnią. Z balkonu piękny widok na bulwar i plażę a lekko z prawej majestatyczna góra spowita w chmurach i mgle - Olimp. No trafiliśmy znakomicie i cała rodzinka szaleje z radości. Nazwa - Riwiera Olimpijska pochodzi oczywiście od nazwy tej mitycznej góry a nie od Olimpii czy też olimpiady. Wszyscy fotografują wszystko w około bez opamiętania i ja tez popadam w ten stan amoku fotograficznego i już do końca wycieczki mi to nie przejdzie. Zwiedzamy północną część miasteczka, parę marketów, kilka sklepików, przystanek autobusowy do Katerini (nomoi - stolica powiatu) -  autobusy mniej więcej co godzinę, przystanki obok kościoła i na rynku. Lunch jemy w "Familii" i obżeramy się niesamowicie ale wszystkim smakuje kuchnia grecka. Posiłek z napojami i kawą dla 4 osób - 26 euro - jak mówią Grecy "eksi kai eksi" - czyli tak sobie (drogo). Wieczorem obserwujemy piękny zachód słońca nad Olimpem (uwieczniony oczywiście na zdjęciu) i udajemy się na wieczór grecki do pobliskiego Platamonas. Wieczór organizowany jest dla około 120 osób w hotelu "Sun Beach". Impreza rozpoczyna się od konsumpcji - szwedzki a raczej grecki stół w ogromnej obfitości (cały czas uzupełniany). Na stole mezedes (przekąski); tzatziki, horiatiki (sałtka grecka), marynowane papryczki, buraczki, inne nie znane mi sałatki, dalej dania gorące; suflaki, gyros, bifteki (siekane zrazy wołowe), ryba po grecku, kiełbaski i mnóstwo innych smacznych rzeczy a do tego winko - rocznik marzec 2002. Występuje duet gitara + bouzuki w popularnym repertuarze. Rodacy ruszają w tan, trochę śmiesznie wyglądają te walczyki w greckich rytmach ale ludziom się podoba. Po godzinie pląsów ma salę wkracza 6-osobowy zespół tancerzy w strojach ludowych. Paradnie wyglądają mężczyźni w tradycyjnych furusellach (białe, plisowane spódniczki) białych rajstopach i chodakach z zadartymi czubami zakończonymi pomponami. Kobiety spokojniutko, spódnica a nią ozdobna halka, bluzka, kamizelka, chustka na głowie. Na początek tańczą tańce z regionu Macedonii. Główne rolę w tym przedstawieniu grają mężczyźni. Podskoki, solówki, hołubce i inne, które trudno opisać. Kulminacyjnym momentem jest numer a la Bruce Lee, w którym jeden z tancerzy leży na podłodze a po tułowiu (brzuchu i klatce piersiowej) przechodzi mu para tancerzy. Cały czas członkowie zespołu nie wykonujący akurat popisów + 2 młodych ludzi ubranych na modłę cykladzką wciąga ludzi taneczne korowody po sali i tarasie hotelu. A żeśmy naród tancerzy to w minutę cała sala fruwa w rytm muzyki. Występ składał się jeszcze z części poświęconej tańcom z rejonu Attyki (Aten) i wysp egejskich. Tancerze w każdej z części spektaklu zmieniali swe stroje. Na koniec jeden z kelnerów wykonał taniec na stole, który jak twierdzi pani Zyta (i pewnie ma rację) wywodzi się z tradycji tureckiej. Razem z córką decydujemy się na trochę wcześniejszy powrót do Neoi Poroi. spacerujemy około 1,5 km w ciepłą noc wzdłuż linii kolejowej łączącej Thessaloniki z Atenami i po około 30 minutach dochodzimy do Neoi Poroi. W hotelu "Siokas" i pobliskich tawernach  trwają zabawy. Wchodzimy do małej knajpki, gdzie w rytm ludowej muzyki właściciel zabawia gości - naszych rodaków tańcem z tacą z trzema szklankami wina trzymaną na głowie.

Dzień czwarty (wtorek - 30 kwietnia)

Dzisiaj dzień z bogatym programem turystycznym. Zaczynamy około 10-tej wyjazdem w stronę parku narodowego Olimpu. Pogoda piękna (i taka była przez cały okres pobytu) dwadzieścia parę stopni, niezbyt parnie (w lecie nie do pomyślenia), słonecznie. Masyw Olimpu stanowi obszar o powierzchni 1272 km. kw. o wymiarach 40 na 50 km. Jego centralną częścią jest Park Narodowy Olimpu. Bazą wypadową do "peregrynacji olimpijskich" jest wioska Litochoro leżąca na we wschodniej części masywu. Turyści odwiedzają głównie trasę łączącą Litochoro z wąwozem rzeki Enipeas do wodospadu Witisa. Trasa jest dostępna nawet dla turystek w "szpilkach"  a jej pokonanie trwa około 40 minut w jedną stronę. Z wąwozem związane sa dwa antyczne mity: Orfeusza - złotoustego śpiewaka z Tracji. Często swym śpiewem zabawiał Bogów na Olimpie. Po stracie swej ukochanej nimfy Euredyki, postradał biedak zmysły błąkał się po brzegach wąwozu Enipeas (bogowie już go na Olimp nie wpuszczali) i fałszował niemiłosiernie wśród stad kozic. Na swe nieszczęście natknął się na bachantki świętujące Dionizja. Mocno zamroczone kapłanki rozerwały nieszczęśnika na kawałki a głowę wrzuciły do rzeki Enipeas. Z głowy tej wyrosła na morzu wyspa Lesvos. Druga opowieść mówi o tym, że w wodospadzie Witisa kąpała się boska Afrodyta (i tyle). My poruszamy się doskonale przygotowaną ścieżką turystyczną biegnącą nad błękitną rzeką Enipeas. Widoki wspaniałe, zbocza Olimpu porasta bogata (i zielona jeszcze) szata roślinna. Dostrzegamy wspinające się na zbocza stada kóz i baranów. Sam wodospad nie sprawia imponującego wrażenia tym bardziej, że wyraźnie widać pracę hydrologów (jazy, przepusty) parę zdjęć i wracamy z powrotem w dół. Parę minut spędzamy w Litochoro i wracamy w kierunku Riwiery Olimpijskiej. Po drodze mijamy bazę wojskową (łączność) i wkrótce parkujemy u stóp zamku w Platamonas. Zamek zbudowany został na szczycie wzgórza strategicznie położonego nad brzegiem morza. Na wzgórzu tym budowali swe umocnienia Grecy, Słowianie i Hunowie Attyli ale ostateczny kształt nadali im krzyżowcy. IV - ta wyprawa krzyżowa zamiast do Palestyny skierowała się na tereny Bizancjum i 1204 wylądowała na plażach Pierii. Budowa zamku w obecnym kształcie rozpoczęła się w 1204 roku i trwała ponad 20 lat. W jej efekcie wzgórze otoczone zostało solidnymi, blankowanymi murami a północnej części zamku wybudowano potężną ośmioboczną wieżę - siedzibę protektora Macedonii. Zamek w Platamonas stanowił jedną z głównych pozycji obronnych królestwa krzyżowców założonego przez francuskiego możnowładcę Bonifacego z Monferratu. Po restauracji cesarstwa bizantyjskiego zamek był przebudowywany i nabrał swego frankofońsko - bizantyjskiego kształtu. Do dziś zachowały się w niezłym stanie mury obronne (można z nich podziwiać piękne panoramy Riwiery Olimpijskiej), ośmiokątna wieża (niedostępna do zwiedzania), współczesna świątynia Św. Paraskewi i źródełko ze smaczną wodą. Na terenie zamku jest też kilka interesujących stanowisk archeologicznych, w tym kościoły z zachowanymi fragmentami bizantyjskich fresków. Wstęp do zamku jest bezpłatny i możliwy w godzinach 8 - 17. Na terenie zamku znajdują się także sanitariaty. Wracamy do autokaru i udajemy się na wspinaczkę autokarową do wioski w Paleos Pantalejmonas. Serpentyny drogi wiją się w górę masywu Olimpu a my podziwiamy panoramy Riwiery Olimpijskiej. Kierowcy żartują, że to dopiero rozgrzewka przed wycieczką na Meteory. W każdym razie po powrocie do Neoi Poroi zaopatrzymy się w farmakio, w grecką wersję aviomarinu. Dojeżdżając do wioski dowiadujemy się od pilotki, że wioska ta jest pewnego rodzaju skansenem. Zachowane są tu stare budynki i układ ulic. Stanowi ona także poważną atrakcję turystyczną a wśród zamożnych (i snobistycznych) mieszkańców Katerini czy Thessalonik modne jest wyprawianiu tu hucznych wesel. Do niedawna nie było tu też energii elektrycznej ale obecnie na każdym nawet 200 letnim domku wisi licznik energii. Wioska jest rzeczywiście urocza stare domy, niektóre całkiem zrujnowane, obok nich pachnące jeszcze świeżością nowe domki. Budulec tradycyjnie: kamień, glina i drewno (stare budynki) lub cement i żelbeton (te nowe), wszystko jednak w pewnym stylu. Wioska Paleos Pantalejmonas jest przykładem pewnego procesu socjologicznego, który miał miejsce w Pierii na przełomie lat 60-tych i 70-ch. Patrząc na mapę Pierii na nadmorskich zboczach masywu spotykamy nazwy takich miejscowości jak Poroi, Skotinas, Pantelejmonas często poprzedzonych przymiotnikiem paleos czy palia (stary, stara), na wybrzeżu zaś natykamy się na bliźniacze Neoi (nowe) Poroi, Paralia (wybrzeże) Skotinas, Neos Pantalejmonas, itd. W tych latach rząd Grecji wywierał duży nacisk na rozwój turystyki w tym rejonie. Dla okolicznych mieszkańców oznaczało to konieczność (ekonomiczną a często administracyjną) na osiedlenie się na wybrzeżu (i zakładanie nowych - neoi miejscowości) oraz podjęcie pracy w turystycznym biznesie. Dziś nikt już nie musi przekonywać Greków do korzyści płynących z turystyki ale jeszcze czterdzieści lat temu... Spędzamy w wiosce parę godzin spacerując stromymi labiryntami uliczek, odwiedzając sklepiki z pamiątkami czy kafeniony (ceny 15% wyższe niż na dole). Na zboczach przy parkingu Kasia (z nudów) zbiera świeże zioła; bazylię, tymianek, miętę pieprzową, oregano. Natykamy się na żółwia greckiego spacerującego (a szybko zasuwa) po polance. Przypozował do paru zdjęć i poszedł dalej. Wracamy do Neoi Poroi pełni wrażeń. W nocy obserwujemy piękna burzę nad zatoka Thermaikos. Błyskawice rozrywają ciemność ale kończy się wszystko tylko na wizualnym spektaklu.

Dzień piąty (środa - 1 maja)

Cały ranek spędzamy na plaży opalając się i kąpiąc w podgrzanym już nieco morzu. Mieszkamy 20 metrów od plaży co znakomicie ułatwia plażowanie, w każdej chwili możemy schronić się w cieniu lub usiąść na tarasie (np. delektując się Metaxą). Dzieci uzbierały potężną (cholera wie po co) kolekcję muszli. Po południu udajemy się do Leptokarii kurortu położonego około 7 kilometrów na północ od Neoi Poroi. Miejscowość ta jest ponad trzykrotnie większa od Neoi Poroi i liczy około 3500 stałych mieszkańców. Jej zabudowa jest różna od typowego kurortu olimpijskiego. Główne zabudowania Leptokarii położone są po zachodniej stronie linii kolejowej Thessaloniki - Ateny, podczas gdy np. całe Neoi Poroi leży pomiędzy linią kolejowa a brzegiem morza. Oś miasta stanowi aleja schodząca z góry prostopadłe do linii brzegowej i kończąca się na zalesionym placyku, przy którym znajduje się też poczta, posterunek policji i kościół. Wzdłuż alei całe mnóstwo sklepów (futra, pamiątki, złoto, ubiory) w wielu z nich napisy po polsku i polskojęzyczna obsługa. Oprócz tego kafejki ze stolikami stojącymi na trotuarach, butiki z elegancką odzieżą. Oprócz poczty jest tu także bankomat i przystanek kolejowy. Sama plaża jest węższa niż w Neoi Poroi i nieco bardziej kamienista. W sklepiku przy skwerku kupujemy świąteczne ciasto z jajkiem - chleb Tsoureki i wracamy na kolację do Neoi Poroi. Dzisiaj musimy zasnąć o wiele wcześniej bo obudzimy się tuż po północy....

Dzień szósty (czwartek - 2 maja)

O godz. 0030 siedzimy już w autobusie i ponownie układamy się do snu. Przed nami ponad 300 kilometrowa trasa do Aten. Około 0600, jeszcze przed świtem zbliżamy się do przedmieść Aten. Korek komunikacyjny trwa tu chyba 24 godziny na dobę - ponad godzinę przedzieramy się do centrum w okolice Stadionu Olimpijskiego. Krótka wizyta na stadionie i pod Akropol. Jesteśmy trochę przed czasem ale dzięki temu możemy obserwować ceremonię podniesienia flagi na Akropolu. Tuż przed ósmą pod bramę wejściową wjeżdża ciężarówka i grupa sześciu żołnierzy ubranych w polowe mundury maszeruje Propylejami na szczyt akropolskiej skały. Po poniesieniu flagi paradnym krokiem schodzą w dół i odjeżdżają. Wrócą przed zmrokiem aby flagę opuścić. Tymczasem ze skały nimf położonej tuż przed bramą wejściową i oglądamy panoramę Aten. Pierwsze co rzuca się w oczy to wielki chaos urbanizacyjny jakim są Ateny, po drugie to smog zalegający nad niecką geograficzną, w której położone są Ateny. Akropol można zwiedzać od 8 do 18 (od wtorku do niedzieli) lub 8 - 13 w poniedziałki. Koszt to 12 euro dla dorosłych i 30% zniżka dla studentów (z legitymacją). Dzieci do 18 lat nie płacą nic. Dobrze, że pani Zyta wprowadziła nas na pozycji nr 3 bo po dziesiątej gdy opuszczaliśmy Akropol stała tam w niemiłosiernym skwarze ładna kolejka. Oprócz pani Zyty na Akropolu towarzyszy nam (obowiązkowa) pani przewodnik z (nie obowiązkowym) synkiem. Nawija pani Zyta a pani przewodnik tylko podsuwa jej kolorowe plansze z rysunkami. Lustrujemy Propyleje, Parthenon (z daleka), Ererchtejon (z bliska) oraz wszystko co da się zobaczyć. Gosię najbardziej interesuje drzewko oliwkowe, które Atena podarowała Atenom wygrywając z Posejdonem konkurs na patrona miasta (Posejdon mało inteligentnie ofiarował mieszkańcom źródło ze słoną wodą). Na koniec odwiedzamy muzeum akropolskie, gdzie umieszczono najcenniejsze zabytki Akropolu (wstęp wolny za okazaniem biletu wstępu na Akropol). W muzeum zgromadzono najbardziej znane zabytki Akropolu, Kariatydy z Erechtejonu, płaskorzeźbę Ateny zamyślonej - wspartej na włóczni, fragmenty wewnętrznego fryzu, liczne rzeźby i płaskorzeźby. Nie wolno tu używać lampy błyskowej ani "pozować" przy obiektach muzealnych. Pracowniczki muzeum z ogromną determinacją pilnują tych zakazów pokrzykując na niesfornych turystów. Na zakaz używania flesza pomaga używanie filmów o czułości 400 ASA i większej. Z resztą oświetlenie w muzeum jest bardzo dobre. Amok fotograficzny objawia się z coraz większą siłą, jesteśmy świadkiem jak grupa naszych rodaków przepędza z pod Erechtejonu wycieczkę Japończyków.... Upał narasta choć na termometrach około 25 st. C. a my powoli schodzimy w dół Propylejami aby ostatni raz popatrzeć na ten jeden z największych cudów antycznego świata. Schodzimy na Plakę i ulicą Papadopolosa Venizelosa dochodzimy do katedry - reprezentacyjnej świątyni Grecji. Wewnątrz chór śpiewa psalmy. Śpiew rozpoczyna starszy jegomość - kantor, następnie melodię podchwytuje chór (kapłani, klerycy) i wszyscy śpiewają unnissono - jednym głosem. Wierni zapalają niezliczone ilości świec i oddają cześć całując święte ikony. Upał zapędza nas do ogrodów założonych przez królową Amalię, żonę pierwszego króla Grecji - Ottona. W owych czasach oskarżono młodą królową o rozrzutność i bezmyślność (duża część floty greckiej była  zaangażowana w sprowadzanie z całego świata egzotycznych roślin, wydatkowano na ten cel duże kwoty). Dziś rozległe i ocienione ogrody noszące imię królowej Amalii są chlubą Ateńczyków i miejscem odpoczynku, i wytchnienia. Oprócz roślin jest tu małe zoo - ptactwo, żółwie, drobne zwierzęta. Rozkładamy się na ławeczkach, próbując uciąć sobie południową drzemkę. Odpoczywamy w licznym towarzystwie mówiącym w znajomym języku. Na jednej z ławeczek drzemie też sobie nasza pani pilot... Przed 13-tą spacerowicze z ogrodów Amalii zaczynają przemieszczać się w kierunku pobliskiego placu Syntagma. Znajduje się na nim budynek parlamentu greckiego. Przed nim, przed ścianą wyłożoną marmurem znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza. Już wcześniej przejeżdżając obok pobliskiego Pałacu Prezydenckiego natknęliśmy się na posterunek Ewzones - paradnie ubranych żołnierzy straży honorowej. Ewzones ubrani są jeszcze w stroje wiosenne. Oprócz furuselli, białych rajstop i czerwonych podbitych ćwiekami chodaków mają na sobie granatowe mundury. W wersji letniej są to białe koszule z bufiastymi rękawami i kamizelki. Ewzones z pałacu prezydenckiego nieustannie wykonywali figury choreograficzne z bronią. Powolne obroty, wyprosty nóg, wymachy, zwroty - trzeba mieć wytrzymałość...  i technikę. Ewzones z placu Syntagma stoją jak głazy. Każdy oczywiście pragnie sfotografować się z żołnierzem, ustawia się nawet mała kolejka. Tuż przed pełną godziną rozpoczyna się cogodzinny rytuał. Trzy osobowa zmiana warty wchodzi na plac Syntagma i zbliża się do posterunków. Potem następuje procedura zmiany warty - czyli celebrowane kroki z wyprostem nóg, obroty na jednej nodze, uderzanie karabinami o bruk itp. Po paru minutach spektakl się kończy i zmiana odchodzi z placu. Wsiadamy do autokaru i odjeżdżamy z Aten. Pokonujemy korki i zmierzamy na północ. Po drodze dojeżdżamy do pomnika hoplity poświęconego Leonidasowi. W roku 480 p.n.e. kilkudziesięciotysięczna armia Greków pod wodzą króla Sparty Leonidasa zastępuje drogę ponad milionowej (podobno) armii perskiej. W wąwozie Termopile rozpoczyna się krwawa bitwa, w której Grecy dzielnie powstrzymują Persów zadając im poważne straty. Zdrajca przeprowadza gwardzistów perskich na tyły Greków a ci gdy zdają sobie sprawę, ze grozi im okrążenie i zagłada na rozkaz Leonidasa wycofują się. Zostaje tylko 300 Spartan pod wodzą Leonidasa. Spartanie nie wycofywali się z pola walki. Nie przyjąwszy oferty poddania - wszyscy giną... Ofiara Spartan nie pomogła Grekom, Persowie zdobywają i niszczą Ateny i Akropol. Potem przyjdzie zwycięstwo morskie pod Salaminą, potem prawie 10 letnia okupacja perska, potem... Dziś wąwóz nie istnieje, morze cofnęło się prawie o 5 km i od pomnika do gór jest dość daleko. Kompleks pomnikowy oprócz statui nagiego Hoplity stojącego na szczycie kamiennego mury to jeszcze kilka rzeźb i inskrypcja na murze sławiąca męstwo i odwagę Leonidasa, i Spartan. Późnym popołudniem wracamy do Neoi Poroi i po kolacji udajemy się na kawę do "Familii". Spotykamy tak grupę Greków zajętych tym co w Grecji mężczyźni lubią najbardziej robić wieczorem czyli przesiadywaniem w kafejkach. W telewizorze wiszącym w tawernianym ogródku oglądamy interesujący reportaż jak to grupka młodzieży wybiera się uporządkować zapomniany kościółek pod Atenami, myją szorują, malują. Na koniec okazuje się,  że ta młodzież to z ich wersji "Big Brothera". Co kraj to obyczaj... Jeden z Greków znający akurat angielski wdaje się z nami w rozmowę wypytując o kraj pochodzenia. Wcale się nie zdziwił, że z Polski. Zna doskonale jednego Polaka, wcale się nie zdziwiłem, że ten nazywa się Warzycha (a jak poprawnie wymówił nazwisko). Grek twierdzi, że jest to piłkarz znakomity i kurcze ma rację bo Gucio to piłkarz znakomity, najlepszy w historii ligi greckiej obcokrajowiec. Zacząłem mu tłumaczyć, że mamy jeszcze jednego dobrego piłkarza, że zdolny, szybki, czarnoskóry. No cóż musi się jeszcze Oli postarać, żeby go Grecy rozpoznawali bo o Guciu mają zdanie znakomite. Dowiadujemy się, że sezon turystyczny rozpoczyna się tradycyjnie po zakończeniu Świąt Wielkanocnych. Grecy potrzebują jeszcze tygodnia albo dwóch, żeby rozkręcić interes, który potem będzie się kręcić przez ponad trzy miesiące. Nie robią tego w jakimś ekspresowym tempie wszak to kraj śródziemnomorski - siga, siga - jak mówi greckie przysłowie (wolno, wolno). Na koniec przekazujemy gratulacje gospodyni za znakomitą kawę (dotychczas do konwersacji podsyłała nam nastoletnią córkę) i wracamy do apartamentu, żeby sprawdzić czy przypadkiem Metaxa nie zmieniła smaku.

Dzień siódmy (Wielki Piątek - 2 maja)

Dzisiaj wycieczka do Meteorów. Wyruszamy po 8 rano kierując się na południe. Kierujemy się do wąwozu Thembi oddzielającego Macedonię od Tesalii. Dnem wąwozu rozdzielającego masywy Olimpu i Ossy płynie wartka rzeka Pinios (antyczna Penejos). Z wąwozem związany jest mit Apollina i Dafne. To właśnie tu Eros zranił strzałą miłości Apollina. Jednocześnie obiekt jego westchnień - nimfa Dafne ukłuta została strzała niechęci do Apolla i sprawa się nieco skomplikowała. Apollo robił się w swych zalotach nie do wytrzymania i biedna Dafne zdołała uprosić Bogów Olimpijskich aby uwolnili ją od natręta. Ci zamienili ją w wawrzyn i Apollo przez parę dni wzdychał do krzewu. Wawrzyn zaś do dziś porasta brzegi wąwozu Thembi... Z wąwozie Thembi  rozpoczęła się też tragedia Orfeusza. Podczas gdy bawił w gościnie u Bogów jego ukochana Eurydyka zwykła przechadzać się po ścieżkach wąwozu. Jednego dnia na jej drodze stanęła żmija i lekarz nie zdążył.  Jeżeli chodzi o lekarzy to właśnie z Tesalii pochodził najsławniejszy medyk Antyku - Asklepion (Asklepios). W sprawę zamieszany jest kochliwy Apollo. Tym razem związał się z miejscową pięknością - Koronis. Ta jednak nie była stała w uczuciach i zdradzała go z miejscowym tesalczykiem (albo Macedończykiem). Życzliwi donieśli co trzeba i Apollo zdybał nieszczęsnych na gorącym uczynku. Nieszczęśni zginęli na miejscu a Apollo popadł w rozpacz bo żal mu się zrobiło pięknej Koronis. Niestety Bogowie Olimpijscy nie posiadali zdolności wskrzeszania zmarłych i Apollo zdołał jedynie ocalić dziecko z łona matki (bo jak dotychczas nie wspomniałem - Koronis nosiła syna Apollina). Apollo oddał malutkiego chłopca na wychowanie centaurom żyjącym na pobliskim półwyspie Pilion. Ich król Chiron biegły w sztuce medycznej nauczył Asklepiosa wszystkich tajników medycznych centaurów a ten gdy dorósł pogłębił studia medyczne już na chwałę dwunożnych. Tak a propos Grecja cierpi na deficyt personelu medycznego szczególnie podstawowego szczebla; lekarzy pierwszego kontaktu, pielęgniarek, położnych, salowych. Najdotkliwsze braki odnotowuje się na wyspach. Przejeżdżamy przez Larissę,  duże miast przemysłowe mnie znane jako siedzibę klubu piłkarskiego trenowanego kiedyś przez Jacka Gmocha. Larissa to także greckie "extremum" temperaturowe. Zimą temperatury są niższe o 4 stopnia, latem o 4 stopnie wyższe.  Współcześnie Larissa "wsławiła" się swym wojskowym lotniskiem, z którego startowały natowskie samoloty bombardujące Niż, Belgrad....

Pani Zyta opowiada nam o historii i teraźniejszości Kościoła Greko-Ortodoksyjnego  - bo tak brzmi właściwa nazwa religii powszechnie wyznawanej (ponad 95 %) w Grecji. W roku 330 n.e. Cesarz Konstantyn zwany Wielkim założył stolicę imperium rzymskiego w mieście Bizancjum zwanym później Konstantynopolis. Konstantyn uczynił też religię Chrześcijańską religią państwową. Konstantynopol stał się zaś centrum religijnym Imperium Rzymskiego. Różnice dzielące wschodnie i zachodnie Cesarstwo Rzymskie zaczęły uwidaczniać się także na łonie Kościoła. Szczególnie istotna stała się sprawa Credo - wyznania wiary, które przetłumaczone na łacinę mówiło, że Duch Święty pochodzi od "... Ojca i Syna..." podczas gdy w grece koine brzmiało: "... od Ojca przez Syna... ". Wydaje się jeden spójnik ale sprawa była kardynalna i poróżniła teologów z obu cesarskich stolic. Drugą przyczyną nieporozumień między coraz wyraźniej oddalającymi się od siebie religiami stała się sprawa Eucharystii. Grecy uważali, że Hostię trzeba wypiekać z chleba zawierającego drożdże, Rzymianie, że bez. Kroplą, która przechyliła czarę był coraz bardziej rozpowszechniający się na Wschodzie kult oddawania czci Świętym Ikonom, Rzymianie nie mogli zaakceptować ich zdaniem  tego "pogańskiego" zwyczaju. W roku 1054 nastąpiła Wielka Schizma - ostateczny rozłam kościołów Wschodniego i Zachodniego. W wielkim uproszczeniu oprócz powyżej wymienionych różnic dodać należy iż greko katolicy nie uznają zwierzchności Papieża (również dogmatu o jego nieomylności). Kościoły narodowe są Greko katolicyzmie niezależne. Na czele kościoła Greko Ortodoksyjnego stoi Arcybiskup Aten i całej Grecji. Władzę duchową sprawuje Święty Synod złożony z 12 corocznie wybieranych metropolitów. Metropolia Konstantynopolska zachowała swoją niezależność choć jej rola religijna jest dziś niewielka. Po upadku Cesarstwa Bizantyjskiego na prawie czterysta lat rolę matki kościoła Greko Ortodoksyjnego przejęła Cerkiew Prawosławna Rosji... Grecy nie uznają także dogmatów o niepokalanym poczęciu ani istnienia czyśćca. Ich kapłanów (poza biskupami i arcybiskupami) nie obowiązuje celibat. Eucharystia polega na dzieleniu się wypiekanym na drożdżowym zakwasie chlebie i winie. Przemiana chleba i wina w ciało Chrystusa następuje za Ikonostasem (ścianą oddzielającą w świątyni część dostępną tylko dla kapłana). W kościele Greko Ortodoksyjnym pokuta nie może zakończyć się jakimkolwiek rodzajem odpustu. Można powiedzieć, że religia ta jest religią bardziej metafizyczną i ukierunkowaną na wnętrze człowieka. Dużo tu skupienia, modlitwy - wyciszenia wewnętrznego. Architektura świątyń bazuje na bizantyjskim, klasycznym planie krzyża. Wystrój świątyń jest piękny i bogaty. Centralnym elementem jest plafon zazwyczaj przedstawiający Chrystusa - Pantokratora (Władcę Ziemi) umieszczony na sklepieniu kopuły świątyni. Bogato zdobiony jest Ikonostas, szczególnie jego główne wejście tzw. "carskie wrota" (z tradycji rosyjskiej). Wystroju świątyni dopełniają liczne święte ikony i świece palące się zazwyczaj w przedsionku świątyni.

Po dwóch godzinach podróży z delikatnej mgiełki zalegającej na horyzoncie zaczynają wyłaniać się pierwsze niezwykłe skalne ostańce Meteorów. Wspinamy się na mozolnie serpentynami dwupasmowej drogi (czasami autokary mijające się na zakrętach ustępują sobie drogi lub robią to bardzo ostrożnie). Po kilkunastu minutach drogi dojeżdżamy do monastyru Megalo Meteoron. Długim podejściem, częściowo wykutym w skale dostajemy się do bramy wejściowej i wchodzimy do środka. Dzisiaj w Wielki Piątek wstęp jest wolny (w inne dni od 3 do 4 €). Wcześniej dowiedzieliśmy się, że strój w jakim powinno się zwiedzać monastyry Meteorów powinien być dostosowany do powagi tego miejsca. Panie powinny być w spódnicach za kolana )nie w spodniach), z zakrytymi ramionami, panowie w długich spodniach z koszulami z dłuższym rękawem. Przy wejściu do monastyru uprzejmy jegomość lub mnich (mniszka) zwracają uwagę na nieodpowiednio ubrane osoby i oferują "przechodnie" spódnice. W monastyrze spędzamy ponad godzinę odwiedzając wszystkie godne uwagi zabytki. Największe wrażenie robi katholikon - świątynia monastyru. Jej ściany i sklepienie pokryte jest wspaniale zachowanymi polichromiami, niektóre z nich pochodzą XIV i XV wieku. Zwiedzamy bardzo interesujące muzeum historyczne pełne interesujących pamiątek, z tego wielu poświęconych wojnie narodowo-wyzwoleńczej. Na tarasie widokowym podziwiamy panoramy Meteorów i miejscowości Kalambaka położonej u stóp Meteorów. Drugim wyjściem opuszczamy klasztor i udajemy się do drugiego klasztoru - żeńskiego monastyru Rusanu. Klasztor Rusanu jest bardziej kameralny i bardzo dobrze przez mniszki zagospodarowany. Oprócz świątyni, dziedzińca i tarasu widokowego nic więcej nie można tu już zobaczyć. Zjeżdżamy w dół do miejscowości Kalambaka jednej z dwóch (druga to Kastriaki) położonej u stóp Meteorów. Po drodze mijamy liczne pustelnie wykute w skałach. Z jedną z nich monastyrem Św. Jerzego Mandila związany jest ciekawy zwyczaj. Monastyr ten ma kształt jaskini wykutej na niedostępnej skale. Nieliczne zabudowania udekorowane są kolorowymi chustami. Podobno co roku mężczyźni z pobliskich miejscowości wspinają się na niedostępne skały, zawieszając kolejną chustę na znak miłości do ukochanych. Ci, którzy kochają nieszczerze lub zdradzają odpadają od ściany... Docieramy do Kalambaki jednej z dwóch (druga to Kastraki) miejscowości położonej u stóp Meteorów. Kalambaka leży na wysokości 240 m. n.p.m. w czasie II wojny światowej, w 1944 r.  wtedy jeszcze mała wioska została poważnie zniszczona przez Niemców. W Kalambace naszym celem jest manufaktura, w której wytwarzane są ikony. Malowanie ikony (ikonopisanie). Tradycyjnie ikonę mógł napisać duchowny po 20 dniowym postem. Powstawał na lipowej desce nasączonej wywarem z rybich skrzeli. Na początku malowano tło w kolorze złotym, następnie powstawały kontury postaci (dłonie, tułów), na koniec malowano twarz i ornamenty ubioru. Najważniejsze zaś były i są oczy postaci.... Twarz nie może wyrażać gwałtownych uczuć: złości, zagniewania, radości. Czasami na czole rysuje się zmarszczki znak mądrości. Manufaktura w Kalambace jest największym tego rodzaju zakładem na świecie. Wita nas miła... Polka częstując słodyczami i lampką wina (lub ouzo do wyboru). Potem szybka prelekcja na temat ikonopisania. Dowiadujemy się, że tło ikon pisanych w Kalambace pokrywane jest klejem kostnym, do którego przyklejana jest złota folia. Każda z ikon  manufaktury, z Kalambaki posiada certyfikat poświadczający autentyczność. Dostajemy grupową 30% zniżkę na ikony a na Matkę Boską Częstochowską nawet 50%! Zniżki są istotne bo ceny w przyfabrycznym sklepiku przekraczają granice zdrowego rozsądku. Okazją dla naszych pań jest natomiast zakup złota "z metra" czyli wg. długości! Na kilkudziesięciu szpulkach wiszą sobie złote (i srebrne) łańcuszki. Można przymierzyć, następnie druga pani montuje zapięcia i do kasy. Komplecik: złota bransoletka z motywem meandra + naszyjnik o identycznym motywie 100 € (panie twierdzą, że taniocha chociaż złoto jest próby 540 lub 750). Tłok przy stoiskach niesamowity, gorączka złota nie omija nawet panów. Opuszczamy tę świątynię handlu i udajemy się na krótki spacer po miasteczku. Od jednego z pracowników fabryczki (prowadzi nas do "znajomej" restauracji) dowiadujemy się, że w Kalambace mieszka 8 Polaków, wszyscy pracują w dziale sprzedaży manufaktury ikon. W Kalambace robimy zakupy, pamiątki, sandały, itp. W małym sklepiku muzycznym para dobrze już dorosłych małżonków sprzedaje kompakty i winyle. Udaje mi się kupić podwójny CD George Dalarasa stanowiący podsumowanie drugiej części jego kariery. Mogłem kupić i pierwszą część ale nie mieli czytnika kart kredytowych... W drodze powrotnej nasz kierowca, pan Tomek opowiada nam o kapliczkach często (szczególnie na serpentynach Meteorów) stojących przy drogach Grecji. Otóż są to odpowiedniki naszych przydrożnych krzyży "wypadkowych". Tak właściwie kapliczki są dwojakiego rodzaju; wotywne - za szczęśliwe wyjście z opresji drogowej i żałobne - za nieszczęśliwe. Kapliczki mają kształt małych domków z drzwiczkami (szklanymi). W środku znajduje się jakaś świeczka, kaganek i zapałki do podpalenia gdyby zgasł... Wracamy z Meteorów obserwując prace rolnicze na równinie Tesalii, zagłębia rolniczego Grecji. Najważniejsze niewątpliwie jest tutaj nawadnianie. Na każdym poletku jest albo zespół zraszaczy albo coś na kształt maszyny polewającej przeciąganej wzdłuż pola na wyciągarce. traktora. Mimo, że na polach ledwo coś się zieleni, maszyny polewają jak szalone. Docieramy na powrót do doliny Thembi i zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu. Podziemnym przejściem pełnym straganów z dewocjonaliami (ikony piękne jak w Kalambace :-) przechodzimy na most wiszący nad rzeką Pinios i docieramy na drugi brzeg rzeki. Znajduje się tu miejsce kultu religijnego Greków - źródła i świątyni świętej Paraskewi. Legenda mówi, że Paraskewia niechętna narzeczonemu wybranemu przez rodziców przyrzekła, że prędzej wyjmie sobie oczy niż męża poślubi. Rodzice i pretendent byli równie uparci jak panna młoda i  niestety przyrzeczenie się urzeczywistniło... Paraskewię beatyfikowano i uważana jest za opiekunkę ślepców i wszystkiego co ze wzrokiem jest związane. W skale wykuto świątynię poświęconą świętej. Obok znajduje się jaskinia (korytarz) ze źródłem Św. Paraskewi posiadającym cudowne właściwości lecznicze (oczy i choroby oczne). Odstawszy swoje w ogonku można zanurzyć dłonie w źródełku i przyłożyć je do twarzy - skuteczność gwarantowana. Przy mostku znajduje się jeszcze jedno źródełko - źródło Afrodyty. Ten zdrój stosuje się wewnętrznie dla podtrzymania urody. Cała wycieczka napełnia plastiki krystaliczną wodą. Wracamy do Neoi Poroi przed zmierzchem i zdołamy jeszcze porównać ceny w salonach jubilerskich Neoi Poroi i Kalambaki... Zapada zmierzch i obywatele Neoi Poroi całymi rodzinami zdążają do świątyni.  Siadamy na ławeczce przed cerkwią i obserwujemy otoczenie. Wszyscy wchodzą do wnętrza i po krótkiej modlitwie wychodzą z zapalonymi świecami. Po godzinie tłum gęstniej e są już chyba wszyscy... Spotykamy Polkę mieszkającą na stałe w Neoi Poroi i prowadzącą, tu pensjonat. Opowiada nam o tradycjach Wielkanocnych. procesja odbędzie się ... jak kapłan uzna, że trzeba zacząć, procesja pójdzie trasą jaką akurat kapłan uzna za stosowną a będzie trwała aż się nie skończy. Potem odbędą się modły i tradycyjne nabożeństwo o północy. Dowiadujemy się też, że czasami naszej rodaczce - jedynej przedstawicielce Polonii w Neoi Poroi przychodzi wstydzić się za rodaków i ich obyczaje... Tymczasem w drzwiach świątyni pojawiają się krzyż, chorągwie i na koniec Epitaphos niesiony przez młodych mężczyzn. Rusza procesja Wielkopiątkowa. Procesja zatacza wielki krąg poprzez główne uliczki, rynek. nadmorską promenadę na powrót do świątyni. Epitaphos ustawiony zostaje w wewnętrznych drzwiach tak , że każdy wchodzący musi zdrowo schylić karku aby dostać się do wnętrza. Chylenie karku ma tu też znaczenie symboliczne. Wiedziony ciekawością wchodzę i ja. W środku świątyni panuje bardzo radosna atmosfera Grecy uwielbiają się spotykać i wymieniać uprzejmości. Mimo że od paru godzin gadali już przed cerkwią nadal pozdrawiają się dyskretnie. Wielu modli się bliżej ikonostasu wielu pozdrawia (całuje ikony) spotykam znajomych Greków prowadzących "Kymę" , Niemców z sąsiedztwa, właścicieli "Familii" nikogo nie dziwi moja obecność wszyscy miło się uśmiechają a właściciel "Kymy" przedstawia mi niesioną na rękach malutką córeczkę. W pewnej chwili kapłan podchodzi do epitaphosu i zakłada na barki i głowę tkaninę przedstawiającą ciało Chrystusa i przechodzi za ikonostas. Wierni powoli opuszczają świątynię...

Dzień ósmy (sobota - 4 maja)

Rankiem już spakowani jemy ostanie śniadanie w "Kymie" i pakujemy się do autokaru. Dziś ostatni punkt programu - Thessaloniki. Thessaloniki to drugie co większości miasto Grecji liczące prawie 2 miliony mieszkańców. Oś miast stanowi rzymska Via Ignatia (Egnatia) łącząca starożytne Bizancjum z Rzymem. Droga biegnie równolegle (kilkuset metrów) do brzegu morza. Wszystkie główniejsze ulice są albo równoległe do Egnatii albo prostopadle biegną ze znacznym spadkiem w kierunku morza. Miasto jest ładne i zielone, znacznie ładniejsze od Aten. Zaczynamy zwiedzanie od świątyni Św. Demetriusza. Oglądamy piękne wnętrze świątyni - plafon, żyrandol, wspaniały ikonostas, ikony, epitaphos. W bizantyjskich podziemiach świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki sakralnej w tym kryptę Świętego Demetriusza. Przechodzimy do Rotundy Świętego Jerzego. Świątynia ta pochodzi z roku 306 i jest w istocie rotunda nagrobna rzymskiego cesarza Galeriusza. Galeriusz uczynił Thessaloniki swoją siedzibą i oprócz rotundy wybudował jeszcze pałac, łuk triumfalny i mury obronne. Część grupy udaje się na zakupy na pchlim targu, część na dalsze zwiedzanie miasta. zdążamy do kościoła Świętej Zofii (Agia Sophia). Podziwiamy tam wspaniałe mozaiki kopuły (VIII - XII wiek) i wczesnośredniowieczne malowidła ścienne (XI wiek). Idąc w dół jednej z ulic docieramy do Lefkas Pyrgos (Biała Wieża) najbardziej znanego zabytku Thessalonik. Niestety wieża i jej muzeum w remoncie - pani Zyta twierdzi, że to normalka. Kupujemy pamiątki i fotografujemy pomnik Aleksandra Macedońskiego. Powoli zdążamy w kierunku autokaru i ruszamy w kierunku przejścia granicznego z Macedonią. Trzeba się nam się zacząć żegnać z Grecją.... Na przejściu granicznym 2 godzinki trzeba odstać aby przejść do strefy wolnocłowej i wydać resztę euro na to na co się najczęściej pieniążki w sklepach wolnocłowych wydaje (najtańsza 7-  gwiazdkowa Metaxa!).  Szybko bez przygód przez Macedonię (no parę godzin) i nocą już wjeżdżamy do Serbii. 

Dzień dziewiąty  (niedziela - 5 maja)

Około 2-giej w nocy dojeżdżamy do znajomego kompleksu gastronomicznego przy serbsko - węgierskiej granicy. Jemy poważny posiłek (2 dania i deser) i dalej w noc. Tym razem granice nie stanowią specjalnych przeszkód i ranek budzi nas już na Słowacji. Jeszcze raz podziwiamy panoramy słowackich Tatr i powoli zbliżamy się do ostatniej granicy. Tu czeka nas niespodzianka. Miły pan celnik na początek pyta grzecznie czy aby nie przewozimy czegoś w niedozwolonych ilościach (alkohol, złoto, futra, itp.) następnie po otrzymaniu solennego zapewniania, że nie.... Zaczyna sprawdzać luki bagażowe! Najbardziej podejrzana (bo największa) i jej właściciel z resztą bagaży wędrują na salę stół celników. Na szczęście wszystko było w porządku i dalej sobie darowali - strasznie leniwi ci celnicy ale może i dobrze. W Jeleśni wpadamy w korek, który towarzyszył nam będzie aż do Bielska Białej. W Katowicach po 26 godzinach podróży żegnamy panią Zytę i towarzyszy wycieczki i pakujemy się na dworzec kolejowy. Jeszcze tylko 2 i pół godziny ekspresu (bez miejscówek - w Warsie) i wycieczka nasza dobiegła końca............