BEATA
MIRECKA
JAKUBOWSKA







POCZTÓWKA Z   SANTORINI

Podróż moich marzeń. SANTORINI - wietrzna wyspa

Mijając wysoką skarpę samolot miękko zatacza krąg i niemal siada na falach Morza Egejskiego. Podrywa się jednak tuż przy brzegu i ląduje z piskiem opon na lotnisku. Ósma rano. Żar bije z bezchmurnego nieba, aż mrużymy oczy od blasku.

Przed budynkiem, trzymając kartkę z nazwiskiem, czeka przy taksówce tęgi Grek. "Kalimera, ti kanete" Zaskakuję go płynnym greckim. Nie spodziewał się - rozmawiamy przez chwilę o atrakcjach Santorini. Mijając nagie, wysokie skały, mkniemy szosą wzdłuż wybrzeża ku wiosce malowniczo położonej nad czarną kamienistą plażą. Nie widać ani gajów oliwkowych, ani pogiętych sosenek rozsiewających charakterystyczny zapach żywicy. Tylko gorący wiatr hula po kamiennych zboczach, wypalając resztki pożółkłych traw.

Słońce praży. W dżinsach i swetrze czuję się jak przybysz z Grenlandii, lecz niestety za wcześnie przybyliśmy do hotelu "Sunshine" i musimy na pokój poczekać. Przykładam głowę do oparcia sofy w hallu - nieprzespana noc (dlaczego LOT łączy Polskę z Grecją tylko w nocy) daje się we znaki. Jednak cieszę się, że znajomość greckiego pomogła nam na lotnisku w Atenach - mogliśmy do tej pory czekać tam na przesiadkę nie będąc poinformowanym przez biuro podróży w Warszawie, że trzeba przejechać na drugie lotnisko, skąd odlatują samoloty lokalnych linii na wszystkie wyspy Grecji.

Z kontynuowanej drzemki w pokoju budzi nas stukot młotka. Remont w sezonie? Nie, z balkonu roztacza się niezwykły widok. Na pustej posesji obok hotelu ekipa archeologów odkryła starożytną posadzkę. Barwna mozaika powoli wyłania się z kurzu pracowicie omiatanego przez młodą dziewczynę. Ciemny Grek delikatnie puka w dłuto dzieląc podłogę na kratki. Przyglądamy się tej pracy, pomni opowiadania taksówkarza.

Santorini - wyspa przeklęta. W około 626 roku p.n.e. wulkan zniszczył wszystko - ląd rozpadł się na kilka kawałków a trzęsienie ziemi które towarzyszyło wybuchowi zatopiło krater. Jednakże, jak Feniks z popiołów, na stosach pumeksu, lawy i kamieni, na skraju jednego z kawałków wyspy wyrosła nowa wioska, a pośród odłamków wyspy z fal zatoki znów wyłania się wulkan.

Przy wykopaliskach "Akrotiri" mamy szczęście poznać profesora z Indiana State University, geologa i archeologa. Od niego dowiadujemy się, że wybuch wulkanu poprzedziło trzęsienie ziemi, które złamało marmurowe schody jak drzazgi a mieszkańców zmusiło do ucieczki. Fakt ten potwierdza brak pozostałości ciał ludzkich. Jego studenci oraz archeolodzy greccy odsłonili już 1 km2 starożytnej wioski delikatnie zdejmując warstwy błota i pumeksu. Profesor pokazuje nam "negatywy" framug okien, drzwi, łóżek, krzeseł i stołów - drewniane elementy zbutwiały w skamieniałym pumeksie tworząc puste miejsce do którego chcąc otrzymać "negatyw" wlewa się gips. Podczas wybuchu podmuch zmiótł dachy domów i naniósł popiół z pumeksem, potem polało się z nieba błoto, i na końcu spadły ogromne kamienie, których ciężar zgniótł ściany z mozaikami i ceramikę. Tylko gdzieniegdzie pozostała cała amfora. Profesor twierdzi, że wybuch na Santorini przyczynił się do zagłady cywilizacji Minojskiej na Krecie.

Jedziemy stateczkiem do krateru milczącego wulkanu. Jakby z lękiem mijamy olbrzymie kawały lawy, przy których czujemy się jak ziarnka piasku. Gładkie brzegi czarnych kanciastych skał nie zachęcają do wspinaczki w stronę krateru - część wycieczki zostaje więc przy brzegu. Patrzymy na przeciwległy "półksiężyc" wyspy. Na skraju skarpy leży "Oia", wioska słynna z fantastycznych zachodów słońca, zaś pośrodku wysokiej skały tulą się do urwiska tawerny i restauracje w wiosce nazwanej "Thira" na pamiątkę pogrzebanej wyspy. Tu właśnie znajdujemy tawernę inną niż wszystkie, z różowymi tarasami na kilku poziomach. Rozkoszuję się przepięknym zachodem słońca. Silny wiatr jak zwykle szarpie włosy, jak gdyby chciał w nich wygrać jakąś starożytną pieśń.

W ostatni dzień nie budzi nas o świcie stukot młotka. Dźwięczy tylko cisza i znajomy świst wiatru zmiatającego piaski z nagich gór. Zerwani ze snu żarem dochodzącego południa odsłaniamy okiennice. Piękna mozaika zniknęła, najprawdopodobniej zabrana do jakiegoś muzeum archeologicznego, których na samej Santorini jest kilka.

Znikamy i my. Na lotnisko odprowadza nas cichnący wieczorny wiatr. Wyjeżdżamy opaleni złotym greckim słońcem, z piaskiem wdmuchanym we włosy, z torbą pełną pocztówek i wrażeń. "Kalinichta", śpij spokojnie, piękna wietrzna Santorini!

14-04-1997

Beata Mirecka-Jakubowska