Dzień Dobry

Nie jest to taka relacja, jakie czytałam na tej stronie z wypraw jachtowych na wyspy greckie. Widziałam tyle, co pewno każdy kto był w Grecji i szargnął się na oferowane tam atrakcje. Moja relacja może być troszkę chaotyczna, ponieważ będę tworzyć z pamięci i przy pomocy zdjęć. Także proszę wybaczyć ten mały bałaganik.

Neoi PoroiW Grecji mieszkałam w małej miejscowosci turystycznej Neoi Poroi [Nei Pori] (znajdującej się w zatoce Thermaikos) niedaleko Platamonas, czy Paralii (a dalej jeszcze Leptokarii). Zasługujące na uwagę były niewielkie ruiny zamku w Neos Pantaleimonas (chyba tak to się nazywało). Zamek ten był jakieś 2 godzinki spacerkiem od końca Neoi Poroi gdzie mieszkałam. Był on widoczny również z plaży. Plaża była bliziutko, kilkadziesiąt metrów od hotelu - prawie rzut beretem - w miarę czysta, troszkę mniej zadbana niż np. plaża Koukounaries o czym dalej :) Miasteczko typowo turystyczne, same hotele, apartamenty, markety, długa szeroka piaszczysta plaża i przechadzający się co 5 minut sprzedawcy czegoś ala tłustych pączków oraz drących się na całe gardło z greckimi nazwami tego czegoś lub "neeeeescaafeeeeee frapeeeeee" :) - czyli standardowej lodowej kawy po grecku. Przez całe miasteczko biegnie jedna wielka szeroka droga, od niej odchodzi kilka prostopadłych a są też równoległe, także dość szerokie, żeby można było sobie spokojnie bez obaw, że się wjedzie na krawężniki, jechać. Sprawia to wrażenie przestrzenności miasteczka. Nie jest takie ciasne, jak niektóre stare miasta greckie. Powiedzmy, że w centrum tego miasteczka jest mini wesołe miasteczko z jakimś tam "diabelskim młynem", karuzelami, samodzikami, strzelnicą, zamkiem strachów, domem luster itp. Nieduże to, ale dzieci mogą gdzie iść, jak im się już znudzi leżenie na plaży. W Neoi Poroi nie ma konkretnej dyskoteki. Czasami w hotelach są organizowane, wtedy "nawoływacze" jeżdżą po mieście i zaczepiają miłe panie (tak jak to było w moim przypadku ;-) ) i zapraszają na dyskotekę. W Platamonas już są o wiele konkretniejsze dyskoteki. A w ogóle najfajniejsza dyskoteka jaką widziałam kiedykolwiek to jest własnie jakieś kilkanaście minut samochodem dalej. Nazywa się Kastra (od greckiego słowa kastro - zamek), a to chyba dlatego, że jest zrobiona w stylu zamku. Chodziły takie plotki wśród naszych, że był to rzeczywiście kiedyś zamek, a potem w jego ruinach zrobili dystkotekę. No i sam widok z zewnątrz już budzi wrażenie, bo wygląda to jak zamek, oświetlone pięknie kolorowymi światłami, przyozdobione kwiatami, a wewnętrz - dyskoteka "pod gołym niebiem". Dyskoteka posiada "wyrzutnie lasera" - jak ja to nazywam, zielone nastrojowe lampy, w środku są palmy, drzewka i inne tego typu bajery. Na dole jest duży jajowaty bar, w którym spokojnie dogada się np. po angielsku z wszystkimi barmanami lub barmankami. Nad tym barem jest coś w stylu balkonu, na którym są stoliki. Na dole dookoła baru jest dużo wolnego miejsca. Każdy tańczy tam gdzie chce, gdzie jest miejsce. Jest dużo stolików i krzeseł. Dookoła tego wszystkiego po bokach jest takie podwyższenie, na którym także są stoliki i dużo miejsca do poskakania sobie. Muzyka jest różna. Poprzez hity - aczkolwiek dużo takich światowych aktualnych nie grali. Dużo było greckiego popu czy dance - ja to tak bym nazwała. Ale powiem, że nawet była to sympatyczna muzyka. Jak wiadomo grecka muzyka jest bbaaaaaardzo sympatyczna, więc jak ktoś lubi greckie rytmy i dźwięki, na pewno również nie będzie narzekał na di-dżeja. Osobiście byłam w Kastra raz i bardzo mi się tam podobało. Po prostu wystrój zewnętrzny na podobę ceglastego zamku, współistnienie drzewek i gra świateł oraz rozgwieżdżone niebo nad głowami robi niesamowite wrażenie. Pomijam fakt, że parę razy wylądował na mnie jakiś wstrętny czarny robal.... uuuhhbbrrr fffe, większy od naszych przeciętnych małych żuczków.

Neos PantaleimonasWracając do miejscowości Neoi Poroi - stąd, przez miejscowość Platamonas jeździ do zamku w Neos Pantaleimonas taki mini kolorowy radosny pociąg składający się z kilku otwartych przewiewnych wagoników. Takich "trainów" jest kilka w różnych kolorach, w zależności od tego gdzie się chce jechać. Ale osobiście polecam spacer na zamek. Zamek znajduje się na lekkim wzgórzu, kawałek trzeba troszkę do góry podejść. Ale to nie jest dużo. Każdy kto nie ma problemów z chodzeniem, a nawet jeśli ktoś ma problemy, a korzysta np. z pomocy kul, to da sobie radę. Gdyż podejście najpierw jest cały czas drogą asfaltową, a potem kilkaset metrów po spieczonej ziemi już na drodze polnej do zamku. Wejście na teren ruin jest bezpłatne. Ponieważ rzeczywiście są to ruiny. Oprócz małego kościółka ku czci Świętej Paraksevi, znajdującego się na terenie ruin, w sumie nic tam nie ma. Jest piękna wieża - obiekt zdjęć. Jest parę drzewek rosnących w środku, ponieważ teren zamku to tak jakby tylko mury otaczające dawny zamek. Rośnie tam jakaś spieczona roślinność, jest kupę odkrytych kamieni, ale za to jakie piękne widoki z góry na morze oraz na miasteczko Platamonas!!!!!!! Ci którzy lubią dreszczyk emocji, mogą przejść się po nierównym murze kamienistym, który ma jakieś 40 cm szerokości, a z boku jest ogromna przepaść... brrr. Miałam okazję zmierzyć się z tym murem, potem dopiero pomyślałam, że jakby się tak przez przypadek lekko kipnąć, to przez taką  bezmyślność można by już więcej nie podziwiać tak pięknych stron. Na terenie ruin zamku nie ma żadnych sklepów, ale co najważniejsze jest tam kran z czystą wodą, wiele osób korzysta z uprzejmości tego kranu, kiedy pokonając w końcu wzgórze dochodzą do ruin w upale i będąc zalanym potem od stóp do głów. Nie, no przesadziłam troszkę. Ale rzeczywiście w miesiącu lipcu jest już tam jak na patelni.

W miasteczku Neoi Poroi jest jeszcze wiele domków, które dopiero się budują, szczególnie na terenie byłych bagien, bo chyba już tylko tam pozostało wolne miejsce ;). Widok budujących się domków stanowczo burzy spokój i piękno tych już ugruntowionych. Nie polecam też hoteli czy apartamentów, które znajdują się właśnie tam na końcu miasteczka, gdzie na terenie byłych bagnisk powstają teraz nowe hotele, ponieważ stamtąd ciągnie najwięcej komarów. No chyba, że ktoś się ich nie boi i jest od stóp do głów zabezpieczony zbroją przeciw tym natrętnym "wampirom". W miejscowości Platamonas, w której mieszkałam rok później nie ma już praktycznie wcale komarów. Dlatego jadąc do Neoi Poroi na miejsce bliżej dawnych bagien, należy zaopatrzyć się w coś dobrego na komary. Szczególnie ok. godziny 20.30 i wzwyż zaczynają się ich zacięte ataki na żywe chodzące jedzonko :) Miasteczko Neoi Poroi - bo zapomniałam powiedzieć - leży prawie że u stóp pasma Olimpu. Z plaży widzimy pasma gór, nad którymi czasami zbierają się chmury, a czasami nawet strzelają pioruny. Dlatego miejsce to jest wymarzonym miejscem dla miłośników morza i gór. Morze jest czyściutkie, cieplutkie (jak to w zatoce Thermaikos - od tego, że jest ciepła właśnie) i bardzo słone. Większe muszelki czy też bursztyny znaleźć w tym terenie plaży jest bardzo ciężko (nawet z małymi jest problem i trzeba anielskiej cierpliwości żeby coś znaleźć). Miejscowi wyławiacze dużych muszel robić to wypływając kilkadziesiąt, czy paręset metrów w głąb morza. W miasteczku jest mnóstwo tawern, kafei, restauracji i barów. To tu, to tam rozlegają się rytmy przeważnie greckiej muzyki. Jest tu też kawiarnia internetowa, ale nie powiem żeby była tania, bo za 4 minuty połączenia przez "super extra szybki" komputer chyba jeszcze z serii 486, płaci się monetą 100 drachmową. Zanim jakaś strona się załaduje, to już program się wyłączy zanim wcześniej nie wrzucimy następnej monety. Z tego co mi wiadomo w miejscowości Platamonas jest również kawiarenka internetowa, bo przechodziłam obok niej, ale niestety nie znam kosztów korzystania z jej usług. W Neoi Poroi znajduje się też bardzo ładnie wyglądający z zewnątrz kościół. Niestety nie wiem jakiego wyznania, ale jako obiekt fotograficzny jest godzien zainteresowania naszych aparatów :) Wracając znowu do miejscowości Platamonas znajduje się tam bank, dla tych którzy chcą wymienić na przykład dolary, ponieważ Grecy nie chętnie przyjmują tę walutę. Raczej preferują marki, za które na przykład opłaca się wycieczki fakultatywne. Za marki można spokojnie kupować w sklepach, gdzie sprzedaj?cy wydadzą walutą grecka, ale dolarów nie bardzo chcą. Jedynym konkretnym wyjściem jest w takim przypadku ponad godzinny spacer do Platamonas gdzie mieści się najbliższy bank. Na marginesie dodam, że drachma po mału wymiera, a jej miejsce zajmie euro.

To by było tyle na temat tych dwóch miejscowości, w których mieszkałam w czasie dwóch ostanich pobytów w Grecji.

ElizabethJedną z przyjemniejszych pozycji w programie pobytu na terenie Grecji była wycieczka na wyspę Skiathos połączona z tańcami na statku, wizytą w stolicy wyspy - Skiathos oraz na plaży o złotym piasku Koukounaries. W sumie z tej wyspy najprzyjemniejsze było te 2 i pół godzinki wylegiwania się na złotym czystym piasku tej plaży. Niestety z nauki tańców greckich nie skorzystałam bo byłam już wtedy tak spieczona, że nie pozwoliłabym się dotknąć, szczególnie za ramiona, jak to jest przy zorbie. Na wyspę płynęliśmy w jedną stronę stateczkiem mniejszym Elizabeth, spowrotem Elizabeth II. Polecam te łajbę. Kapitan jest bardzo sympatyczny. Uczy wraz ze swoim pomocnikiem tańców greckich, zabawia gości pokładowych mnóstwem różnych zabaw towarzyskich, przy których dochodzi do skrętów brzuchów ze śmiechu i tworzenia kolejnych mórz, ale łez, również ze śmiechu. Także pomimo niebrania udziału w zabawach, w których oczywiście stawką były różne nagrody, wyprawa na Skiathos z załogą Elizabeth była wesołą przygodą. Na pokładzie Elizabeth można było też skorzystać z kąpieli słonecznych. Wszystkie place, na których można było się wyłożyć i opalać, było wykorzystane przez miłośników, a szczególnie miłośniczki promieni słonecznych.

MeteoryDrugą wycieczką fakultatywną była wycieczka na Meteory. Jak wszystkim wiadomo, oczywiście tym wszystkim, którzy tam byli, jest to bardzo urokliwie miejsce - teren wielu skał w kształcie nagich słupów, na szczycie których znajdują się klasztory. Sam wjazd do tych miejsc jest bardzo skomplikowany, ponieważ biegnie przez kręte górskie drogi. Ale widoki jakie tam witają są niesamowite. Ogromne słupiaste skały ze śladami prawdopodobnie podmywających je niegdyś wód, a na ich szczytach wmurowane klasztory, niektóre udostępnione do zwiedzania. Koszt wejścia na teren klasztoru wynosi 500 drachm (zwiedza się tylko dwa). Niestety ze względu na zapatrywania mnichów w nich mieszkajacych, należy mieć na sobie stosowny ubiór. Panie np. muszą mieć zakryte ramiona i skromną kieckę co najwyżej do kolan. Jeśli się ma niestosowny ubiór należy włożyć paskudne obleśne i nie pierwszej czystości spódnice proste długie na gumkach, ubierane niezmiennie przez różnych turystów na swoje ubrania. Żeby uniknąć zetknięcia się z nimi należy się już zapobiegawczo zaopatrzyć we własne skromne ubranie chociażby na czas zwiedzania klasztorów. Zdjęć wewnątrz oczywiście robić nie można. Można tylko z zewnątrz. Obiekty sakralne na terenie klasztorów, typu kościoły, posiadają piękne ikony i cerkiewne malowidła. Kolorowe i wymalowane na ścianach i sufitach bardzo gęsto z punktu artystycznego na pewno robią wrażenie. Można w tych klasztorach zwiedzać np. zabytkowe pomieszczenia, gdzie znajdują się przedmioty użytku codziennego niegdysiejszych mnichów. Na terenie jednego z klasztorów jest ciekawe pomieszczenie z czaszkami tych, którzy tam kiedyś mieszkali i pomarli. Czaszki te są elegancko poukładane na półeczkach i wszystkie wybałuszając swoje piękne oczodoły, uśmiechają się do turystów pełną gębą :) choć faktem jest, że niektóre z nich pełnego uzębienia już niestety nie posiadają. Na terenie klasztorów szwęda się to tu, to tam mnóstwo kotów w różnych kolorach i wielkościach. Od małych kociąt do starych chudych wygłodniałych kotów. Ludzie starają się dokarmiać te kocięta, ponieważ wyglądają rzeczywiście głodne. Są w większości bardzo ufne i garną się do ludzi po jedzonko. Zastanawiałam się jak te koty tam wlazły na górę :) na taaaakie góry! Z niektórych tarasów widać panoramę miejscowości znajdujących się u stóp tych skał: Kastraki i Kalabaka. Oczywiście sam widok tych nagich skał, a wśród nich tych klasztorów jest nie do zapomnienia. Pozostaje naprawdę ogromne wrażenie. Jeśli ktoś będzie w tamtych stronach na Riwierze Olimpijskiej koniecznie musi się tam wybrać. Po drodze wycieczki zatrzymują się w sklepie z pamiątkami. Sa tam setki i tysiace różnych bardzo fajnych pamiatek. Na prawdę czas jaki tam się dostaje do dyspozycji jest zdecydowanie za krótki, żeby móc wszystko obejrzeć i wybrać coś na pamiątkę z takiego wypadu. Wycieczka na Meteory kosztuje ok. 30-35 DM, ale jest na prawdę jedną z najchętniej wybieranych, bo jest co stamtąd zabrać w pamięci. Same klasztory jak i widoki po drodze... tylko mieć dobry aparat, a zdjęcia są niesamowite. Po drodze na Meteory zatrzymaliśmy się w celu zwiedzenia "Źródła Afrodyty". Jest to źródło rzeczki, do którego droga prowadzi przez bardzo wąski skalisty "jaskiniowy" korytarz, gdzie, żeby dostać się do samego źródła trzeba przeciskać się prawie na kolanach, gdyż jest miejscowo tak nisko i ciemno. Na końcu świeci mała żaróweczka i schodząc po paru schodkach jest źródełko. Wszyscy przesądni obmywali sobie w tej wodzie twarze, a szczególnie oczy, bo jak głosi legenda, wtedy zawsze będzie mieć się dobry wzrok. Bez komentarza.

W ofercie biur podróży jest też wycieczka do ruin miasta starożytnego Dionu oraz na Olimp. Ruiny Dionu to ogromny teren z "odkrywkami" z reguły trochę więcej niż fundamentów znajdujących się w starożytnym Dionie domów. Warto zwrócić uwagę na mozaiki, którymi wydkładano na przykład podłogi. A tak ogólnie to jest tam tylko kupa niskich kamoli, parę drzewek, jakiś amfiteatr już w części zrekonstruowany, a oprócz tego ogromny pusty obszar, na terenie którego w ciągu dnia jest się narażonym na ogromne słońce, nie ma za bardzo gdzie uciec. Ale następna część tej wycieczki jest już przyjemniejsza. Jedzie się do miasteczka Litochoro. Nieduże miasto, w którym na niedużym rondku jest ładna fontanna, a nieco niżej dość spory targ, na którym można zakupić od szmat przez dziesiątki odmian oliwek (które zresztą niosą specyficzny zapach) po tanie warzywa i owoce, nektaryny, arbuzy i inne. Z miasteczka Litochoro wyruszamy kanionem rzeki Enipeas na spacer do źródła wody pitnej. Potem autobus wwozi nas już w pasmo Olimpu na wysokość ok 1000 metrów na szczyt Stauros. Pełna emocji jest droga na to miejsce, gdyż droga w górę wprawdzie asfaltowa, ale w?ska, bardzo kręta. Na zakrętach siedząc na pierwszym przednim miejscu na pietrze autobusu, kiedy autobus ledwo miejscił się na zakręcie, prawie na skraju przepaści, odnosiło się wrażenie, że autobus zaraz przekipnie się na bok i potoczy się zboczem gór w dół. Aż ciarki przechodziły po plecach widząc taką groźną bliskość przepastnych zboczy. Jeśli już z ulgą dojechaliśmy do celu, wypuszczono nas na godzine, dwie. Jest tam schronisko. Można coś skonsumować, podziwiać stamtąd (w sumie już z Litochoro można było) najwyższy szczyt Olimpu i obiekt mojego "pożądania" - majestatyczny Mitikas (2917m) - zwany "Tronem Zeusa". W punktu widokowego na Stauros rozciąga się jak w większości przypadków cudowna panorama w dół (i w górę oczywiście też) na wybrzeże morskie i miejscowości leżące u stóp Olimpu. Znowu aparaty i kamery się grzeją. Jeśli ktoś kocha góry, indywidualna wycieczka mająca na celu zdobycie szczytów Olimpu będzie na pewno wielkim pełnym wrażeń przeżyciem. Niestety ja nie miałam okazji zdobyć głównego szczytu Olimpu - Mitikasa. Na razie pozostaje on w sferze moich marzeń. Ale z wywiadu gospodarczego dowiedziałam się, że żeby porwać się na zdobywanie tego szczytu trzeba być nieźle przygotowanym, ponieważ temperatura w lecie dochodzi tam nawet do 0 st. (jakiś polarek się przyda na pewno), także końcowe partie szczytu są z dość kruchego materiału, na szpilkach na pewno będzie ciężko tam wstąpić ;) No i najlepiej zdecydować się podzielić wyprawę tam i spowrotem na dwa dni, z noclegiem na górze w schronisku.

Spędzając czas na Riwierze Olimpijskiej miałam okazję przejeżdżać między innymi przez miasto Leptokaria. Jeśli chodzi o moje zdanie, jakoś nie przypadło mi to miasto do gustu. Plaża już nie jest taka piaszczysta jak w Neoi Poroi, lecz bardziej żwirzasta. Plaża ta też jest kilka razy węższa. Ludzie poukładani są jak śledzie, a zaraz przy plaży bardzo często uczęszczana ulica, gdzie tłum samochodów niezdrowo wpływa na wylegiwujących się na plaży ludzi. Jest tam też bardziej gwarnie i hałaśliwie niż w Neoi Poroi. To tyle co rzuciło mi się w oczy w ciągu jakiś 40 minut, podczas których nasz autobus zawożący parę turystów nie mógł się wydostać z tłumu samochodów i wąskiej uliczki, właśnie tej nad samym morzem. Oczywiście wzdłuż miasta ku morzu ciągnie się szeroka dwupasmowa ulica, na której oczywiście jest o wiele większy spokój niż nad samym morzem.

Będąc w Grecji oczywiście nie sposób przeoczyć tradycyjnego greckiego wieczoru. Jest tam wielki stół pełny żarcia i wina :))) do woli, nauka tańców greckich, szczególnie słynnego utworu Zorba - Mikisa Theodorakisa - "greckiego Szopena", który to taniec chyba znają wszyscy, a Polacy chyba go szczególnie lubią, zwłaszcza na skocznych imprezach. Nasz wieczór grecki organizowany był w Neoi Poroi "pod gołym niebem", w miejscu gdzie na na bokach porozstawiane były stoliki z różnego rodzaju potrawami typowymi dla Grecji, a w centrum uwagi basen. W czasie wieczoru greckiego oczywiście były pokazy folklorystycznego zespołu tanecznego, który w swoich narodowych strojach wywijał typowo greckie tańce. Jak już się ludzie stali bardziej odważni po wypiciu sporej dawki wina greckiego, co niektórzy oczywiście w środku nocy poczuli się jakby w południe i w celu ochłody wskakiwali do tego basenu. Oczywiście ubaw był niezły i nikt nie miał nic przeciwko temu, jak ludzie w ubraniach ładowali się na hurra do basenu :) Ciekawie potem wyglądało suszenie dokumentów i pieniędzy :) Po części greckiej, już dość późno, odgrywano popularne utworki i była to taka mini dyskoteka na wolnym powietrzu. Wszyscy uczestnicy wieczoru, z gębami od ucha do ucha, rozradowani i rozbawieni wracali do hoteli ok. godziny 2. Oczywiście cała ta przyjemność kosztowała 30 DM (to tak jak wycieczka w odległe o ok. 2 godziny drogi Meteory), ale myślę, że było warto i nikt tego nie pożałował.

Kto już jest w Grecji powinien zawitać też do jej stolicy - Aten. Szczególni miłośnicy starożytności, staroci, architektury greckiej, zabytków z czasów starożytnej świetności Grecji, powinni się tam udać. Każdy kto uwielbia takie stare kamole, nie będzie żałował wrażeń, widoków i pamiątkowych dziesiątek zdjęć, które ze sobą stamtąd przywiezie. W standardach oferowanych wycieczek biur podróży greckich jest zwiedzanie w Atenach stadionu olimpijskiego, Akropolu, starożytnego rynku greckiego i rzymskiego oraz amfiteatru. Na Akropolu wiadomo jest wymarzone miejsce dla miłośników starych kamoli takich jak Parthenon i inne mu podobne cuda architektury starożytnej Grecji. Ciekawa w Atenach była również zmiana warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Stroje, kroki służących tam wartowników, jak i ich niewzruszone miny dawały wielu osobom wielu powodów do radości :) Nie powstrzymywali się oni również od serii zdjęć z tymi wartownikami. Oczywiście w Atenach był też jakiś czas na zwiedzanie na własną rękę. Schodząc z Akropolu, wśród tych wąskich bardzo podobnych do siebie uliczek i domków, zgubiliśmy się wchodząc nie w tą co trzeba uliczkę. Oczywiście metodą powrotu do jakiegoś badziej znanego punktu wyjścia jakoś z ledwością zdążyliśmy na umówioną godzinę zbiórki, bo po drodze oczywiście wśród tych uliczek były dziesiątki sklepów z przeróżnymi pamiątkami. Tak się w te pamiątki wkręciliśmy, że przez to i przez te podobne do siebie uliczki nie zdążylibyśmy na powrotny autobus. A muszę dodać że wracaliśmy z Aten już o godzinie 14, gdyż droga trwała około 6 godzin. A poza tym było ponad 40 stopni w cieniu. Moje nogi tak się spiekły na samym tylko Akropolu, że potem już te ostatnie kilkanaście minut pod grobem nieznanego żołnierza były dla mnie wiecznością nie do wytrzymania w tym piekarniku, z przypalonym już mięskiem :) A błędem który zrobiłam wybierając się na Akropol było nieużycie jakiegoś ochronnego kremu czy olejku. Dlatego zawsze dobrze pamiętać wychodząc na takie odkryte (a tym bardziej wysokie) miejsce, bo potem wdające się w czucie piekące części ciała mogą zepsuć całą wycieczkę.

Będąc w Grecji można też wybrać się do Salonik. Tak jak ja to zrobiłam, będąc po raz trzeci w tym pięknym kraju. Jest tam parę ciekawych obiektów, takich jak Biała Wieża, będąca symbolem Salonik, kościół św. Demetriusza, parę pomniejszych zabytkowych kapliczek, czy kościołów. Jest też słynny łuk triumfalny, a raczej jego części, aczkolwiek jeszcze w znacznej mierze. W Salonikach byłam na ogromnym targu, na którym można było zakupić wszystko, począwszy od niezawsze ładnie pachnących ryb (które pewno łowi się tutaj, jest tu port rybacki i pewno nie tylko), owoców, fatałaszków oraz innych przeróżnych rózności. Ja osobiście szybko stamtąd uciekłam, ponieważ hałaśliwe nawoływanie sprzedawców i zachęcanie do zakupienia czegoś u nich zdegustowało mnie niezmiernie. Nieprzyzwyczajona do takiej formy sprzedaży, czym prędzej wzięłam nogi za pas, wycofując się z terenu walk o klienta. Tak jak w Salonikach nie ma zbyt dużo ciekawych obiektów, tak za granicami Salonik, z otaczających je wzgórzy można podziwiać cudowne widoki: miasta widzianego z góry, a także znajdujących się tam kamieniołomów, czy skał mieniących się całą gamą ciepłych kolorów. Wprawdzie pogoda w tym dniu nie dopisała i niebo zasunęły w końcu kłębiaste chmury, z których spadł deszcz, a przez tę słabą widoczność nie w pełni można było podziwiać ze wzgórza walory Salonik, ale prawdą jest, że nie ma drugich Salonik na świecie :) i nigdzie indziej niż w Grecji miasta tego nie znajdziecie :)

Proponuję obejrzeć parę zdjęć z moich wypraw po Grecji. Może zachęcą one kogoś do wybrania się w te jakże piękne, ciepłe i serdeczne strony. 

Nel z Zabrza

Galeria