KRETA PACHNĄCA TYMIANKIEM

W lipcu Kreta pachnie tymiankiem. Niektóre wzgórza przybierają nawet delikatnie fioletowy odcień. Wysokie góry wydają się być niedostępne dla turystów. Poddają się tylko rodzimym Kreteńczykom, którzy obsadzają ich zbocza rzędami drzew oliwkowych i budują wioski przyklejone do skał.

Grecja najlepiej wygląda we wspomnieniach. Kiedy przestaje dokuczać żar lejący się z nieba i przeglądając zdjęcia można zatęsknić jeszcze za tym ciepłem, krystalicznie czystą wodą i widokami zapierającymi dech w piersiach.

 

             HOTEL KOLYMBARI BEACH

To koniec świata - stwierdził kierowca autobusu, który wiózł nas do hotelu. I rzeczywiście. Transfer trwał ok. 3 godzin. Zapadła noc, wszyscy dawno już wysiedli, nawet nasz rezydent. Zostaliśmy tylko my: ja z mężem, dwoma synami oraz nasi znajomi z córką. Wreszcie autobus skręcił w jakąś wąską, ciemną drogę między trzcinami i stanął. W świetle reflektorów mignęła mała, stara tabliczka do połowy zarośnięta krzakami z napisem "Kolymbari Beach". A więc to tutaj.

Wokół ciemno, cicho, słychać tylko cykady i czuć nieprzyjemny zapach. Jedna Greczynka zaprowadziła nas przez ogród do swoich pokoi. Zjedliśmy po kanapce zostawionej w pokoju i poszliśmy spać. Było gorąco i gryzły komary. Rano postanowiliśmy coś z tym zrobić. Wykupiliśmy klimatyzację - 5 Euro za 1 dobę za pokój, a znajomi zmienili sobie pokój, bo toaleta nie działała.

Poszliśmy na śniadanie. Stołówka na jakieś 100 osób, a my byliśmy tu sami. Miał być bufet, a tu ta sama Greczynka, która witała nas w nocy, przynosi jajecznicę na talerzu. Widocznie wszyscy już jedli, a my zaspaliśmy. Postanowiliśmy się rozejrzeć po hotelu. To kilka budynków jednopiętrowych usytuowanych w pięknym ogrodzie tuż przy plaży.

Byłam już wcześniej dwa razy w Grecji, ale takiego ogrodu nie widziałam nigdy i nigdzie. Wszystko tonie w kwiatach - małe alejki ogrodowe misternie układane z morskich kamyków i w środku duża okrągła altana, której dach tworzą zdrewniałe pnącza jakiejś rośliny. Przed hotelem basen, kort tenisowy, mały plac zabaw dla dzieci, leżaki, parasole i kamienista plaża. Basen pusty, plaża też, na leżakach 2 osoby. Co jest? Dlaczego tu nikogo nie ma? Postanowiliśmy więc korzystać z leżaków, basenu, plaży, zakładając, że np. następnego dnia mogą się tu zwalić ze dwa autokary pełne Niemców. Ale nie stało się tak do końca. Była jeszcze jedna rodzina, która wykupywała obiadokolacje po 5 Euro. My mieliśmy wykupione wyżywienie w postaci bufetu, ale komu tu było robić bufet ? Greczynka gotowała nam po 2 dania i deser, a na przystawkę podawała jeszcze sałatkę z pieczywem. Objadaliśmy się więc jak nigdy, a nasza Greczynka (okazała się być później właścicielką hotelu) coraz bardziej szła nam na rękę przyrządzając nawet to, co chcieliśmy.

Mój mąż zamówił sobie nawet ośmiornicę z grilla i ją dostał. Poznaliśmy też w końcu źródło brzydkiego zapachu, jaki czasem roznosił się wieczorem. Przed hotelem z boku właścicielka hoduje kozy, owce indyki i kury. Wystarczy podejść tylko do płotu, a wszystko beczy, meczy, gdaka i całe stado zwierząt biegnie do człowieka.

Najbliższa miejscowość Kolymbari jest ok. 800 m. Jest tam parę tawern, sklepów port i monastyr godny zwiedzenia. Najbliższy market - ok. 200 m od hotelu. Okolica bardzo spokojna, nie dla młodzieży szukającej rozrywek. Dobre miejsce na wypady w celu zwiedzenia zachodniej Krety. Z pewnością można ten hotel polubić. Klimatyzacja działa, komary można wytłuc, a takiego ogrodu nie ma chyba nigdzie.

GRAMVOUSA

W sobotę o 10.00 wypłynął statek z portu w Kolymbari. Bilety 20 Euro od osoby, dzieci gratis. Najpierw popłynęliśmy wzdłuż półwyspu Rodopos. Całe to wybrzeże sprawia wrażenie nietkniętego nogą człowieka. Góry spalone słońcem, wysuszone i spękane schodzą wprost do morza. Potem statek wypływa na otwarte morze i kieruje się w stronę drugiego półwyspu. Tutaj dopiero zaczyna kołysać. Po dwóch godzinach rejsu marzę już, żeby zejść z tego statku i akurat zawijamy do przepięknej zatoki ze szmaragdową wodą i piaszczystymi plażami. Statek cumuje w pewnej odległości od brzegu i dwóch młodych Greków przewozi turystów małą motorówką na brzeg.

Nikogo więcej prawie tu nie ma, bo nie ma tu żadnej drogi. Czyste, piaszczyste dno, widać białe muszelki. Zbyt mało czasu, żeby nacieszyć się tym widokiem, bo już musimy płynąć do następnej zatoki. Po chwili jesteśmy na miejscu. Syn nurkuje i wychodzi z muszlą wielkości orzecha kokosowego., a mąż wspina się na górę, gdzie znajdują się ruiny jakiegoś zamku i robi stamtąd przepiękne zdjęcia. Znów brakuje czasu, bo trzeba już wracać. Żałujemy, że nie wypłynęliśmy z Kissamos - podróż statkiem byłaby krótsza i mielibyśmy więcej czasu w zatoce.

ELAFONISSI

Jadąc do Elafonissi trzeba pokonać góry. W zachodniej Krecie na trasie północ-południe nie ma autostrad. Drogi są bardzo wąskie i kręte. Wypożyczyliśmy samochód - Seata Ibizę ( 117 Euro 3 dni) i jadąc zboczami gór w pewnym miejscu zauważyliśmy autokary i i samochody zaparkowane przy drodze i tłumy turystów podążających stromymi schodami w górę. Ruszyliśmy za nimi nie wiedząc co tam jest. Doszliśmy do dużej jaskini, w której panował przyjemny chłód i znajdowała się mała kapliczka. Nie było tam żadnej informacji w jęz. angielskim. Myśleliśmy, że mieszkał tam jakiś pustelnik, który potem został świętym, ale tego nie wiemy do dzisiaj. Potem doczytałam w przewodniku, że ta jaskinia była miejscem schronienia ludzi już w epoce neolitycznej, a kapliczka nosi nazwę Agia Sofia.

Podróżując po górach napotyka się całe stada kóz. Zadziwiające jest z jakim sprytem skaczą po skałach. Czasem jednak powodują obsuwanie się kamieni na drogę, co może spowodować uszkodzenie samochodu. Do Elafonissi wjeżdżaliśmy w białym kurzu. Samochody i autokary szybko zapełniały parkingi. Elafonissi to wyspa otoczona piaszczystymi plażami prawie połączona z lądem. Odcinek ten można pokonać zamaczając tylko nogi. Wielkie plaże od strony lądu zapełnione są leżakami i parasolami, za które trzeba słono płacić - 7 Euro za 2 leżaki z parasolem. Toalety też płatne - pierwszy raz spotkaliśmy się z tym w Grecji. Woda krystalicznie czysta, piaszczyste dno, ludzie spacerują wzdłuż wyspy. Da się wyczuć zimne, morskie prądy, które przeszkadzają w nurkowaniu. Podobną piaszczystą plażę napotkaliśmy w Falasarnie.


WĄWÓZ SAMARIA

Tej wyprawy nie zapomnę do końca życia, ponieważ trzy dni później wciąż bolały mnie nogi i miałam trudności przy chodzeniu po schodach. Do pokonania jest 18-kilometrowy szlak po kamieniach. Najpierw schodzi się cały czas w dół do poziomu ok. 1200 m niższego od miejsca startu. Każdy z nas dostał plan z wytyczonymi miejscami odpoczynku i przewidywanym czasem

pokonania poszczególnych odcinków. Szło się ciężko. Kamienie usuwały się spod nóg, natomiast te większe, na których można było pewnie stawiać stopę, okazywały się bardzo śliskie, zwłaszcza dla moich nieodpowiednich sandałów. Razem z tłumami turystów ciągle schodziliśmy w dół, ale byli też i tacy, którzy pokonywali ten szlak w odwrotną stronę. Mniej więcej w połowie drogi zauważyliśmy ruiny wioski Samaria. Tam było miejsce przystankowe, strażnica, punkt pomocy medycznej i śmieszne koziołki jedzące wprost z rąk turystów.

Odpoczywałam i myślałam, czy jest jakaś szansa na odzyskanie aparatu cyfrowego, który mój syn zostawił na pierwszy przystanku na drewnianym stole. Nagle zauważyłam, że prowadzą osiołka objuczonego jakimiś tobołkami, reklamówkami, skrzynkami, miotłami, itp. Pomyślałam sobie , że może idą z tym osiołkiem i zbierają rzeczy po turystach. Idę więc za osiołkiem. Przywiązali go do drzewa i zdejmują reklamówki. Jeden Grek niesie te reklamówki do strażnicy, a ja zaglądam, co tam jest. Niestety, nie mój aparat, tylko drugie śniadanie dla strażników. Grek zauważył, że za nim weszłam, więc pytam, gdzie mogę się poinformować na temat zgubionego aparatu. I w tym momencie wchodzi jakiś grecki turysta pytając gdzie może zostawić jakiś znaleziony aparat, który oczywiście okazał się być moim aparatem. To rzeczywiście szczęśliwy traf. Nikt nie dawał żadnych szans na odzyskanie tego aparatu. Tu wypadałoby wspomnieć o niezwykłej uczciwości i otwartości Greków. Nigdy nie słyszeliśmy o żadnych kradzieżach ani też nigdy nie było żadnych incydentów z udziałem Greków, Wracając do Samarii warto pamiętać, żeby mieć dobre obuwie i nie jest to z pewnością szlak dla małych dzieci i dla ludzi mających kłopoty z sercem.

Z pewnością jeszcze kiedyś wrócę do Grecji. Może nie na Kretę, bo wschodnią część zwiedziliśmy w zeszłym roku, ale przecież jest jeszcze wiele równie pięknych i ciekawych zakątków. Sałatką grecką zaraziliśmy wszystkich naszych znajomych. Jemy na okrągło, póki są dobre pomidory.

Magda (xeromax@pro.onet.pl).

A tu cała Galeria Magdy

Notka bio:

Autorka pochodzi z Głogowa. Kretę wraz z mężem Krzysztofem i rodzinką odwiedziła w dniach 7 -14 Lipca 2005 r. Organizatorem wycieczki było biuro TravelTime. Lot z Poznania. Małżonkowie prowadzą małą firmę kserograficzną w Głogowie.