GALERIA                            Kos i nie tylko......                                        
Relacja Elwiry z pobytu na wyspie Kos w 2007

 

Miejsce Grecja / Wyspa Kos
Trasa Psalidi, Kos, Zia, Nissiros, Patmos
Termin 28.07 -11.08.2007
Wspomnienia z Kos i nie tylko Kos , Psalidi, hotel Iberostar Hippokrates, biuro turystyczne Neckermann, 28.07 - 11.08.2007 r.

Mija trzeci miesiąc od powrotu z Kos i czas podzielić się wrażeniami z pobytu na drugiej co do wielkości wyspie Dodekanezu. Była to kolejna moja podróż z siostrzeńcem Stasiem do Grecji. Tym razem skorzystaliśmy z pośrednictwa biura turystycznego Neckermann, poprzez które zarezerwowaliśmy hotel, posiłki i przeloty samolotem. Wyspę Kos i nie tylko Kos poznawaliśmy bez udziału biura; rowerami, autobusami, statkami.

Nasza podróż rozpoczęła się 28 lipca w sobotę. Z Okęcia wystartowaliśmy z jedynie 40 minutowym opóźnieniem i po 2 i pół godzinie wylądowaliśmy na małym lotnisku Kos. Jak zawsze spotkanie z rezydentem biura turystycznego, jazda autobusem i dzięki temu pierwsze poznawanie wyspy. Jazda autobusem około godzinna i już hotel Iberostar Hippokrates w Psalidi. Pracownik hotelowy zaniósł nasze bagaże do windy i wjechaliśmy na trzecie piętro, gdzie przydzielono nam pokój 306. Był on przestronny, czysty, ze sporą łazienką i balkonem z bocznym widokiem na morze, nad zielonymi dachami zabudowań hotelowych, po których przechadzał się rudy kotek. W dole trawnik a na nim kogucik, który co rano oznajmiał, że czas wstawać.

Akurat trwała obiadokolacja. U drzwi restauracji szef kuchni i kelner witający gości. I tak od tej pory przez kilkanaście dni wzajemnie mówiliśmy sobie kalimera albo kalispera. Wybraliśmy stolik na tarasie ocienianym przez palmy a obsługiwanym przez kelnera Vassilisa . Jedzenia mnóstwo. Świeże i duszone warzywa, sałatki, różne mięsa, kącik grillowy obsługiwany przez wesołego, podśpiewującego Julio, stół z potrawami greckimi z wieloma rodzajami ciast, owoców oraz kilka smaków lodów. Do tego co wieczora zamawiane krassi kokino lub aspro /wino czerwone lub białe/.

Pierwszy dzień spędziliśmy w Psalidi, gdyż po śniadaniu zaplanowane było spotkanie z rezydentem biura. Po zebraniu postanowiliśmy, że będziemy zwiedzać sami albowiem program wycieczek nie pokrywał się z poczynionymi jeszcze w kraju planami oraz dlatego, że oboje nie lubimy zwiedzania w dużej grupie. Potem opalanie się przy basenie pod palmami ale i spacer nad morze i pierwsza w nim kąpiel. Wierzę w leczniczą moc tego szmaragdowego i słonego morza. Nie umiem pływać więc siadałam na kamieniach i dawałam się obmywać, biczować morskim falom.

Po kolacji pojechaliśmy autobusem do stolicy wyspy. Spacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża, rozmawialiśmy z marynarzami statków o oferowanych wycieczkach, zaglądaliśmy do sklepików i w jednym z nich, gdzie sprzedawane są futra poznaliśmy młodą Ormiankę. Ja rozmawiałam z nią po rosyjsku a Staś po angielsku. Wieczór a ciągle było gorąco. Miasto było pięknie oświetlone lampami stroboskowymi i laserami. Oświetlone były statki, jachty, świeciły krzyże na cerkwi. Miasto spodobało się nam od pierwszego dnia. Nawet bardziej niż Chania na Krecie.

Kolejnego dnia wypożyczyliśmy rowery i od tej pory dojeżdżaliśmy nimi do miasta by pospacerować po nim bądź udać się w rejs. ,,Parkowaliśmy" je pod palmą na skwerku, przy nabrzeżu. Już tego dnia wykupiliśmy wycieczki na Nissiros, Kalymnos, do Bodrum w Turcji i na wymarzone przeze mnie Patmos i tego też dnia zaczęliśmy zwiedzać miasto. Pierwsze kroki skierowaliśmy do stojącej na wzniesieniu cerkwi pw. św. Paraskevi, a znajdującej się przy ulicy o tej samej nazwie. Postawiliśmy świeczki i jak w ubiegłym roku przy pomocy kilku greckich słów dowiedziałam się u przechodzącego księdza o czasie służenia niedzielnej św. Liturgii.

Podziwialiśmy meczet Defterdar, zajrzeliśmy do agory i dotarliśmy do kolejnej cerkwi, której patronem jest św. Mikołaj Cudotwórca. Postawiliśmy kolejne świeczki. Dostaliśmy też zgodę na zrobienie zdjęć. Za chwilę cerkiew została zamknięta.
Wreszcie stanęliśmy pod drzewem Hipokratesa na Plateia Platanou. Nie ma dla mnie znaczenia czy ma on 2400 lat czy ok. 560. Jest stary, pęknięty. To tu nauczał ojciec medycyny Hipokrates. Jest to także mój nauczyciel. Ukradkiem zerwałam na pamiątkę listek. Było to kolejne, szczególne dla mnie miejsce, które oczywiście uwieczniliśmy na zdjęciach, tak jak i stojącą obok fontannę zbudowaną przez tureckiego gubernatora Hadżi Hassana by służyła wiernym przybywającym do meczetu.
Przez kolejne dni poznawaliśmy starożytne zabytki: pozostałości rzymskiej agory, odeon, ruiny Casa Romanum i zamku Rycerzy św. Jana. Z tego ostatniego największe wrażenie zrobiła na mnie brama opleciona kwitnącą roślinnością i widoki na morze oraz miasto.

W kolejną niedzielę udaliśmy się do cerkwi pw. św. Paraskevi na św. Liturgię. Już nie miałam żadnych wątpliwości jaka jest jej część i kiedy odmawiane jest Credo, Ojcze Nasz. Na koniec nabożeństwa tak jak Grecy podeszliśmy do księdza po chleb, który został pobłogosławiony podczas Boskiej Liturgii.

Później w oczekiwaniu na niebieski pociąg jadący do Asklepionu usiedliśmy pod rozłożystym drzewem i popijając świeży sok z pomarańczy przyglądaliśmy się statkom, jachtom i oczywiście morzu. Cena przejazdu do Asklepionu w obie strony to 4 euro ale tylko wtedy, gdy wróci się w ciągu godziny. Wejście do Aslepionu to kolejne 4 euro. A Asklepion to zespół składający się ze świątyni, szkoły i centrum medycznego, poświęconego Asklepiosowi, bogu sztuki lekarskiej. Wchodziliśmy po schodach na kolejne tarasy i oglądaliśmy to co pozostało z IV, III, II i I wieku p.n.e.

Z ostatniego trzeciego tarasu roztaczał się piękny widok. Na górze starożytność a na dole dzisiejsze Kos i szmaragdowe morze zlewające się z czystym, błękitnym niebem. Z tyłu iglasty las i orkiestra cykad . Jeszcze tak głośnego ich grania nie słyszałam. Odpoczywaliśmy na kamieniu, który może pamięta starożytne czasy i słuchaliśmy tej najpiękniejszej dla mnie muzyki.

Innego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta rowerami. Nie było to łatwe bo ulice są wąskie a ruch duży. Samochody, skutery, quady i rowery. Tego dnia odnaleźliśmy kolejne cerkwie - pw. św. Pawła, będącą w budowie Panagitsa i maleńką cerkiewkę pw. św. Pantelejmona - patrona chorych i lekarzy. Niestety wszystkie były zamknięte.
Wędrując po mieście odpoczywaliśmy pijąc świeże soki, jedząc pyszne lody a czasami posilając się. W tawernie Ambrosio przy ulicy Diagorou Staś odważył się na sałatkę z ośmiornicy a ja wybrałam świeżą rybkę. Do tego chleb czosnkowy, pasta z oliwek, soki. Innym razem wybraliśmy tawernę Blue Ocean, w pobliżu Psalidi . Znowu świeże rybki, sałatka z tuńczyka i bardzo smakowity chleb czosnkowy a do tego wszystkiego stolik na tarasie nad samym morzem. Jedzenie smakowało ogromnie a szum morza i jego kolor relaksowały.

Jeszcze innego dnia wyruszyliśmy po śniadaniu rowerami w kierunku Agios Fokas z zamiarem dotarcia do Bros Thermy. Niestety okazało się to dla mnie za trudne. Ścieżka rowerowa i płaski teren skończyły się szybko. Od strony morza wiał meltemi jeszcze bardziej utrudniając jazdę, a do tego prażyło słońce. Przez jakiś czas próbowałam iść prowadząc rower ale kiedy Stasiowi spadł łańcuch postanowiliśmy wracać. Wracając zatrzymaliśmy się przy opuncji, z której ostrożnie przez chusteczkę zerwałam kilka dojrzałych owoców. Zjechaliśmy do dwóch zatoczek by wykąpać się, posiedzieć na pustej plaży i pod samotnym cyprysikiem. Przystanęliśmy i przy hotelach Kos Imperial Thalasso i Royal Kipriotis Village. Do tego hotelu a właściwie na jego teren wracałam nie jeden raz. Spacerowałam lub jeździłam rowerem po jego uliczkach noszących nazwy greckich wysp. Mnóstwo tu bugenwilli oraz kwitnących białych i różowych rododendronów. Przyciągała mnie ta roślinność a także kapliczka pw. św. Jana Chrzciciela. Ikona tego świętego jest szczególna. Widzimy na niej postać świętego a także tacę ze ściętą Jego głową. Ikona mówi więc i o życiu i o śmierci świętego.

Tego dnia nie udało się nam dotrzeć do Bros Thermy ale dotarliśmy tam innego dnia autobusem. Jeszcze jadąc autobusem wiedziałam się, że warto było się wybrać i w to miejsce. Jadąc podziwialiśmy i góry i morze. Na początku drogi prowadzącej do termy powitała przybyszów malutka kapliczka. Tu dostaliśmy kartki z rozkładem jazdy autobusu i zaczęliśmy schodzić w dół. Znowu po jednej stronie morze w różnych odcieniach błękitu, z białymi plamami a po drugiej skały. W połowie wysokości skały dostrzegliśmy wrak samochodu. Czyżby był to wypadek? Dalej w szczelinie skały minęliśmy dziewczynę sprzedającą pamiątki a potem plażę z czarnym piaskiem, gdzie dochodził niezbyt przyjemny zapach. Wreszcie zobaczyliśmy coś w rodzaju basenu - kawałek morza ogrodzonego głazami, do którego wpływało gorące źródełko. Przyłączyliśmy się do kąpiących się. Nie miałam ze sobą stroju kąpielowego więc weszłam tak jak byłam ubrana. Przy wpływającym źródełku woda była bardzo gorąca. Miałam i mam nadzieję, że ma ona właściwości lecznicze.

Wracaliśmy do autobusu jeszcze mokrzy ale to ułatwiło wchodzenie teraz po górkę. Kiedy wróciliśmy pokój był w trakcie sprzątania. Po chwili wzajemnego zmieszania sprzątająca Pani wskazując na stojącą na stoliku ikonę apostoła Jana zapytała czy jesteśmy chrześcijanami. Gdy powiedzieliśmy, że jesteśmy prawosławnymi a ikonę przywieźliśmy z Patmos przeżegnała się i pocałowała ją. Rozpoznała także na podróżnej ikonce greckiego świętego - Łukasza, cieszyła się widząc rozmówki greckie. Jeszcze nie raz spotkaliśmy się z radością Greków gdy usłyszeli greckie pozdrowienia, podziękowania.

Kolejną naszą wycieczką był wyjazd autobusem KTEL do wioski Zia. Niestety nie był to wyjazd na oglądanie zachodu słońca ale za to nie było w wiosce tłumu turystów. Pojechaliśmy ostatnim autobusem o godz. 13-tej. Jazda krętą drogą wśród drzew oliwnych trwała ok. 25 minut. Im wyżej widoki stawały się piękniejsze i bliżej był najwyższy szczyt gór - Dikeos. Jak zawsze pierwsze kroki skierowaliśmy do cerkiewki. Oczywiście po górę i oczywiście była już zamknięta. Cerkiewka jest z 1919 roku i jak powiedział jeden ze sprzedawców jest piękna. My musieliśmy zadowolić się obejściem jej wokoło.

Później włóczyliśmy się po dwóch uliczkach, sklepikach i porobiliśmy zakupy. Kupiliśmy oliwę, przyprawy, syrop cynamonowy, likier różany i miód tymiankowy. Znowu byłam podziwiana za próbę porozumienia się w języku greckim. Fotografowaliśmy każdy piękny widok, zaułek i każdą roślinkę – bugenwille, kabaczek rosnący w donicy i figowiec wyrastający z ruin domu. W oczekiwaniu na powrotny autobus zasiedliśmy w najwyżej położonej tawernie Oromedon. Tawerna opleciona jest winoroślą a roztacza się z niej widok na cala wyspę. Zjedliśmy tu sałatkę horiatiki i potrawę mięsną w sosie pomidorowo-paprykowym, której nazwy niestety nie zapamiętałam. Nie jestem smakoszką mięsa ale ta potrawa znowu podana z ciepłym chlebem smakowała wyśmienicie. Na pamiątkę otrzymaliśmy widokówkę przedstawiającą tawernę i słynny zachód słońca.

Jedną z naszych wycieczek był także rejs na wyspę Nissiros. Pobudka tego dnia była wczesnym ranem. Śniadanie zjedliśmy w recepcji, potem ze strachu, że nie zdążymy złapaliśmy taksówkę i o 8:30 wypłynęliśmy z Kos statkiem Stefamar. Dwugodzinny rejs to opalanie się, podziwianie widoków a ponieważ siedzieliśmy na górnym pokładzie owiewał nas wiaterek i rejs był nawet przyjemny. Kiedy dopływaliśmy do portu w Mandraki powitała nas ikona Matki Boskiej ułożona na wzniesieniu z kolorowych kamyków co przypominało mozaikę. Do odjazdu autobusu było jeszcze pól godziny mieliśmy więc czas by zajść do cerkiewki stojącej w porcie. Jest ona pw. św. Mikołaja, który jest patronem m.in. żeglarzy. Wreszcie nadszedł czas odjazdu. Droga wiodła coraz wyżej. Zakręt za zakrętem, wąsko. Podziwiałam greckich kierowców choć opinia o nich jest najczęściej krytyczna. Przed każdym zakrętem klakson a gdy przed nami pojawiła się ciężarówka kierowcy dawali sobie znaki kto pojedzie pierwszy. Wreszcie zaczęliśmy zjeżdżać w dół i już po zapachu zgniłych jajek można było domyśleć się, że zbliżamy się do krateru Stefanos. Na zejście do kaldery i powrót dano 45 minut. Na dnie kaldery zapach był jeszcze silniejszy, podłoże niekiedy lekko uginało się pod nogami, z dziur wydobywała się para wodna a osadzone miejscami żółte kryształki sprawiały wrażenie roślin. Było bardzo gorąco i wchodzenie pod górę wymagało wysiłku. Jeszcze ostatnie spojrzenie z góry, które uświadomiło jak głęboki jest krater. Ludzie byli tacy maleńcy. Autobus zawiózł nas z powrotem do portu i teraz mieliśmy aż trzy godziny na wędrówkę po Mandraki. Zbliżała się pora sjesty więc szybkim krokiem podążyliśmy w kierunku zamku joannitów, gdzie znajduje się monastyr Moni Panagia Spilianis. Uliczki stawały się coraz węższe, a w jednej z bocznych uliczek dostrzegliśmy maleńką cerkiewkę, do której podeszliśmy w drodze powrotnej. Jest ona pw. św. Gabriela. Po drodze do zamku weszliśmy do jeszcze jednej cerkwi poświęconej Matce Boskiej, której nazwy nie zapamiętałam. Była otwarta więc mogliśmy postawić świeczkę i na Nissiros. Zdjęć oczywiście nie można było robić.

Wreszcie dotarliśmy do Moni Panagia Spilianis z cudowną ikoną Matki Bożej obwieszoną licznymi wotami. Kolejne świeczki i ukradkowe zdjęcie. Wychodząc z zamku zauważyliśmy jeszcze jedną maleńka kapliczkę, której wnętrze sfotografowaliśmy przez okno drzwi. Wracaliśmy już bez pośpiechu. Wchodziliśmy w boczne uliczki, robiliśmy zdjęcia ,,prosto z życia", zdjęcia białych domów z niebieskimi okiennicami i niebieskimi balkonami, kwiatów rosnących w donicach i wyrastających między kamieniami. Przyszedł czas i na drobną pamiątkę malutką filiżankę do cafe ellenico i posiłek. W tawernie Captains, z której podziwialiśmy widok na zamek zamówiliśmy świeże rybki i mussakę a w innej frapkę i soczek. O 15:45 odpłynęliśmy z Nissiros żegnani przez Matkę Boską spoglądającą ze skały.

Ze względu na bliskość Turcji popłynęliśmy statkiem Nissos do Bodrum. Na statku powiewała flaga grecka i turecka. Przed wejściem na statek trzeba było wymienić zakupione w agencji vouchery na bilety pokładowe, odstać w długiej kolejce do odprawy paszportowej i celnej. Znowu słońce i wiaterek i jak zawsze zachwycające swym kolorem morze. Ogromna grecka flaga wymalowana na ziemi oznaczała, że kończy się Kos. Z kolei widok zamku i powiewająca też wielka flaga turecka oznaczały, że dopłynęliśmy do Turcji. Znowu odprawa paszportowa, celna i cztery godziny chodzenia po miasteczku. Chodziliśmy wzdłuż nabrzeża i uliczkami zamieszkałymi przez Turków. Wszędzie czysto i mnóstwo bugenwilli. Zaglądaliśmy do sklepików i pierwszy raz w życiu targowałam się o cenę srebrnego łańcuszka. Sprzedawca zniżył cenę ale czy na pewno coś utargowałam?

Było 36 stopni w cieniu i jakoś wyjątkowo źle znosiłam upał tego dnia. Usiedliśmy więc w tawernie i zamówiliśmy turecki kebab na picie. Był świetny. Później w kawiarence Modo z tarasem nad samym morzem zjedliśmy lody i wypiliśmy świeże soki. Widok był cudowny ale lody i soki były smaczniejsze w Kos. Nareszcie przyszedł czas powrotu na Kos, który był opóźniony przez spóźnialskich turystów. Powrotny rejs dłużył się bardziej ale kiedy wreszcie zobaczyliśmy grecką flagę poczuliśmy się jak u siebie.

Wycieczką, która pozostawiła największe wrażenie była wycieczka pielgrzymka na Patmos, które jest nazywane grecką Jerozolimą. To chęć odwiedzenia tej wyspy zadecydowała o miejscu tegorocznego urlopu w Grecji, gdyż z Kos było najbliżej. Planowałam, że zanocujemy tu jedną noc i w ten sposób nie będziemy zwiedzać Patmos z zegarkiem w ręku. Znalazłam telefony do kilku hoteli na wyspie ale kiedy dzwoniliśmy już z Kos okazywało się, że odbierający telefony nie znają angielskiego. Było to pierwsze rozczarowanie. Nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka.

Tego dnia zjedliśmy wcześnie bo o 7-mej lekkie śniadanie, wsiedliśmy na rowery i po 25 minutach weszliśmy na pokład wodolotu-katamarana Petros. Już widok, że jest to wodolot wywołał lęk przed rejsem. Jak zawsze łyknęliśmy Aviomarin i siedliśmy w części tylnej, na pierwszych miejscach, na przeciw klimatyzacji. Gdy wodolot ruszył przeżegnałam się. To samo uczyniła siedząca obok Greczynka. Uśmiechnęłyśmy się do siebie. Płynęłyśmy do świętego dla nas miejsca. Po jakimś czasie statek zaczął płynąć szybko. Potem trochę zwalniał i znowu przyspieszał. Po godzinie i 40 minutach zaczęła się morska choroba, na którą marynarze byli przygotowani. Poszły w ruch niebieskie woreczki. Mijając większą wyspę zapytałam z nadzieją siedzącą obok Greczynkę czy to Patmos? Usłyszałam - Leros i że jeszcze ora. Rejs trwał jednak dłużej. Do Patmos dopłynęliśmy po 4 godzinach rejsu. Byłam zlana potem, trzęsłam się z zimna. W porcie Skala czekał autobus, który podwiózł nas w pobliże Groty Apokalipsy. Dostaliśmy 20 minut na dotarcie, zobaczenie i powrót. Droga jak zwykle pod górę i znowu gorąco. Nie czułam się jeszcze dobrze ale czasu było mało więc szybko podążyliśmy za innymi. Mimo słabości starałam się zapamiętać widoki i uwiecznić je na zdjęciach.

Wreszcie była cerkiew pw. św. Anny a przed jej wejściem kolejka. Idąc jeden za drugim weszliśmy, postawiliśmy świeczki i idąc jeden za drugim podchodziliśmy do kolejnych ikon. Znaleźliśmy się w Świętej Grocie Apokalipsy. Prawdę mówiąc wyobrażałam ją sobie inaczej. Czasu nie było aby dobrze się poprzyglądać. Jeszcze się obejrzałam by zobaczyć, zlokalizować potrójne pęknięcie skały, na której miał opierać głowę św. Apostoł Jan. Szczeliny w skale symbolizują Świętą Trójcę i to z nich miał wychodzić głos Boga słyszany przez św. Jana. Tu Ioannis Theologos miał objawienie a potem podyktował Księgę Apokalipsy swemu uczniowi Prochorosowi.

Kiedy planowałam zwiedzanie tego miejsca przeczytałam kolejny raz Księgę Apokalipsy a nawet zabrałam ze sobą. Chciałam i tu przeczytać choć fragment tych proroctw. Niestety ciągle muszę zwiedzać na czas. Szkoda, że nie można zrobić zdjęć by później jeszcze raz obejrzeć te miejsca i porównać z opisami w przewodnikach. Nie zrozumiałam też dlaczego w tak pięknym miejscu powstała ta Księga. Myślałam natomiast jak długo trwał rejs statku, którym św. Jan był zsyłany na Patmos i czy też tak chorował ? Po zbyt krótkim pobycie w Świętej Grocie powrót do autobusu i jazda w kierunku monastyru św. Jana. Znowu gonił nas czas, gdyż zbliżała się pora zamknięcia monastyru. Znowu droga pod górę krętymi, wąskimi uliczkami z białymi domami. Wreszcie monastyr . Wpierw przystajemy na dziedzińcu z dzwonnicą, z którego roztacza się widok na morze, wyspy. W końcu dziedziniec cerkiewny i dwie nieduże, piękne cerkwie. Postawiliśmy świeczki przed wejściem do cerkwi. Podziękowałam jednak dotarłam i do tego świętego miejsca . Podchodziliśmy do ikon, relikwii czaszki św. Tomasza. Tak jak Grecy zostawiłam zapiskę z imionami bliskich osób by mnisi pomodlili się za nasze zdrowie.

Przystanęłam przy rosyjskiej grupie by posłuchać przewodniczki opowiadającej historię monastyru. Obok grupa Francuzów i oczywiście Grecy, którzy przybyli tu z pielgrzymką. Tym razem było trochę czasu by odpocząć, pomyśleć i zapamiętać to miejsce. Zauważyłam wychodzącego mnicha i ukradkiem zrobiłam mu zdjęcie. W sklepiku przycerkiewnym kupiłam ikonę św. Apostoła Jana, ładan do cerkiewnego kadzidła a Staś czotkę /odpowiednik różańca /.

Wracaliśmy wolniej. Dokładniej przyglądaliśmy się domom, roślinom, podziwialiśmy widoki. Byliśmy zachwyceni i Staś zaliczył Patmos do trzech najpiękniejszych dla niego greckich wysp, jakie widział. Santorini, Skiathos i Patmos. Kupiliśmy pamiątki i głodni siedliśmy na wyplatanych krzesełkach, przy stole przykrytym ceratowym obrusem w niebiesko-białą kratkę, w tawernie Pantelis. Znowu zamówiliśmy świeże rybki i favę, którą pierwszy raz jedliśmy na Santorini.

Niestety zbliżał się czas powrotnego rejsu, którego baliśmy się oboje. Łyknęliśmy Aviomarin i weszliśmy na wodolot. Nasze miejsca były już zajęte ale na szczęście były wolne pierwsze miejsca po drugiej stronie. Po zajęciu miejsc wyszłam jeszcze na zewnątrz statku by spojrzeć ostatni raz na górujący nad Chorą monastyr . Przypominał zamek i był tak wysoko, że aż dziwne, iż nie tak dawno tam byliśmy. Szkoda, że w planie takich wycieczek nie ma noclegu. Ale i tak byłam szczęśliwa. Ileś lat temu nie myślałam, że będzie mi dane odwiedzać tak piękne i wyjątkowe miejsca. Wodolot ruszył. Siedząca na przeciwko Greczynka przeżegnała się, skłoniła w moją stronę. Uczyniłam to samo. Obie wracałyśmy z pielgrzymki.

Nie wszyscy wracający Grecy mieli te same miejsca więc zaczęli narzekać. Jak domyślałam się narzekali na grecki porządek. ,,Moja znajoma" Greczynka z oburzeniem i głośno powiedziała - Germanos, Amerikanos. Znowu domyśliłam się, że niezadowolenie wyrażali Grecy mieszkający w Niemczech. Zrozumiałam moją Greczynkę i jej uwagę. Łatwo jest krytykować. Łyknęliśmy kolejną tabletkę Aviomarinu i zasnęliśmy. Spałam tylko godzinę a kiedy obudziłam się znowu zaczęłam chorować. Marynarz spoglądając na mnie z troską i wskazując na zegarek powiedział, że dopłyniemy szybciej. Męcząc się myślałam czy św. Jan wie jak cierpię i że to dla Niego moje poświęcenie.

Rejs rzeczywiście był krótszy. Po 3 godzinach i 20 minutach dopłynęliśmy do Kos. Na naszym parkingu czekały rowery a więc mieliśmy jeszcze szansę na kolację. Staś pojechał szybciej a ja umęczona znacznie wolniej. Zrobiło się ciemno kiedy dojechałam do hotelu. Nie miałam ochoty na jedzenie i mimo zachęty kelnera wzięłam tylko kawałek melona i arbuza. Tego wieczora zasnęłam mocno a hałasująca klimatyzacja nie przeszkadzała mi. Nad ranem jednak wyłączyłam ją otwierając balkonowe drzwi. Podziwiałam wschód słońca i słuchałam nie milknących cykad. Po trawniku przechadzał się kogut i piejąc oznajmiał, że już ranek.

Rejs na Patmos to nie była ostatnia wycieczka podczas pobytu na Kos ale pozostawiła ona największe wrażenia. Jednak po niej z obawy przed chorobą morską zrezygnowaliśmy z rejsu na Kalymnos i jeszcze dwie wysepki - Lipsi i Leros. Pozostałe wycieczki i miejsca gdzie byliśmy także pozostają w naszej pamięci. Te dwa tygodnie to także czas wspaniałego wypoczynku.

Dobrze było leżeć przy basenie i mieć za parasol palmę. Wspaniale było spacerować brzegiem morza i nic to, że idzie się po kamieniach. Cudownie było siąść w Egeo na kamieniach i dać się biczować falom a potem wracać obok łączki, która na pierwszy rzut oka psuła krajobraz ale kiedy poczułam dochodzący z niej zapach stała się łączką cudowną. A potem codzienne kalimera lub kalispera ze sprzedawcą owoców, który w nagrodę za greckie słowa obdarowywał dodatkowymi owocami.

Miłe wspomnienie to zaprzyjaźnienie się Stasia z Panią Stellą prowadzącą sklepik obok hotelu. Póki nie znaliśmy Jej imienia nazywaliśmy ją Pani Pantaloni, gdyż nie wpuściła Stasia do sklepiku ubranego tylko w kąpielówki. Pantaloni! Pantaloni! i Staś nieco obrażony musiał nałożyć spodnie. Pozostał jednak do końca pobytu wiernym klientem a w dzień odjazdu żegnał się z Panią Pantaloni kilkakrotnie i został obdarowany buteleczką oliwy. Ciekawe czy Pani Stella otrzymała wysłane przez nas zdjęcie?

Wreszcie miłe wspomnienie to wspomnienie obsługi hotelowej i serdeczne, spontaniczne "kalo taxidi Vassilisa" naszego kelnera. Mija więc trzeci miesiąc od powrotu z Kos a ja ciągle mam przed oczami szmaragdowe morze oglądane z wysp i morza, czuję zapach łączki i smak potraw . Przypominam sobie twarze ludzi, z którymi zamieniłam choć kilka słów i już czekamy oboje na następny wyjazd, na kolejne greckie wyspy. A więc Grecjo - kali andamosi! Do zobaczenia!

 

 

 
     
 

Autorka wspomnień: Elwira S. (skiathos@poczta.onet.pl),
 
Autorka o sobie.....

Mam na imię Elwira, mieszkam w Szczecinie i tu pracuję od 33 lat jako lekarz internista /od 9 lat jako lekarz rodzinny/.
O podróży do Grecji marzyłam od dawna. Marzenie, które wydawało się nierealnym spełniło się w 2002 roku kiedy to wzięłam udział w pielgrzymce do Grecji. Wrażenia były wspaniałe i pozostała nadzieja, że to nie jest ostatnia podróż do Grecji.
Potem rok przerwy i w 2003 roku niespodziewany tydzień urlopu i szybka decyzja - lecimy ze Stasiem, moim siostrzeńcem na Rodos. I tak Staś wówczas 17-latek a obecnie student politologii został moim towarzyszem w podróżach. Kolejne lata to wycieczka na Riwierę Olimpijską a potem Kretę. W tym roku czeka na nas Kos a może i Patmos?
Między podróżami jest codzienne życie, praca zawodowa, opieka nad rodzicami i trochę innych pasji. Wiosną i latem wiele czasu pochłania praca w ogródku przydomowym gdzie zgromadziłam mnóstwo roślin , w tym grecki akant.
Sporo czasu zabiera także śpiew. Ze Stasiem i jego bratem śpiewamy w chórze cerkiewnym.