Pragnę opisać Wam najwspanialszą przygodę mojego życia, a mianowicie wyjazd do Grecji.

    Wyjazd zaplanowany był na wtorek - 10. 07. 2001 r - o godzinie 15:00. Autokar troszkę się spóźnił, ponieważ był w warsztacie, ale dzięki temu mieliśmy pewność, że bezpiecznie dojedziemy do celu. Podróż miala trwać około 48 godzin - najpierw 18 h przez Czechy, Austrię do Włoch, a potem 30 h promem przez Morze Adriatyckie, aż do Patras w Grecji.

W autokarze po dziesięciu godzinach jazdy robiło się już nieprzyjemnie. Każdy czekał na chwilę, kiedy dojedziemy do Triestu i tam wsiądziemy na prom. W końcu nadeszła ta chwila - o 14:00 znajdowaliśmy się już na promie. Grupa podzieliła się na kilka mniejszych i poszliśmy "zwiedzać" statek. Znajdowało się tu dużo atrakcji np. basen, salon gier, sklepy, kawiarnie i oczywiście bardzo ładni chłopcy. Czas upłynął mi na graniu w karty, opalaniu się i pływaniu w basenie. Razem z kilkoma koleżankami wybrałyśmy się także na podryw. Miałam okazję zobaczyć zachód słońca jak i zapierający dech w piersiach wschód tej cudownej gwiazdy. Następnego dnia około 19:00 byliśmy już w Patras. Całą grupą pojechaliśmy na kolację do pobliskiego miasteczka. Po raz pierwszy miałam okazję spróbować greckiego jedzenia. Do naszego ośrodka dojechaliśmy dopiero około 3:00 nad ranem, ponieważ wyspa Eubea znajduje się na drugim końcu Grecji. Szybko się zakwaterowaliśmy i poszliśmy spać, bo następnego dnia pobudka była o. 8:00. W nocy było tak ciepło, że spaliśmy praktycznie niczym nie przykryci.

    Nie wyspani, ale bardzo podekscytowani zjedliśmy śniadanie. Dopiero teraz mogliśmy zwiedzić teren naszego ośrodka. Było tu kilka domków, piękna roślinność no i oczywiście plaża z dostępem do morza. Na piątek zaplanowana była wycieczka do pobliskiego miasteczka - Eretrii. Po śniadaniu skoczyłam tylko do pokoju po portfel, plecak oraz okulary i już byłam gotowa do drogi. Podróż trwała zaledwie 15 min. W Eretrii mieliśmy okazję nie tylko zaopatrzyć się w żywność, pamiątki itp., ale zwiedziliśmy także ruiny starożytnego teatru. Kiedy już wróciliśmy do ośrodka, większość grupy poszła na plażę. Woda w Morzu Egejskim była bardzo ciepła a zarazem bardzo słona. Na dnie można było znaleźć przepiękne muszle i kamienie. Niestety plaża była ze żwiru, ponieważ znajdowaliśmy się w zatoce, ale to wcale nam nie przeszkadzało. Piękną ciemną karnację zyskałam już po godzinie opalania się. Bardzo lubię się opalać, jednak po trzech godzinach musiałam już zmykać z plaży, bo spaliłabym się.

W sobotę wybraliśmy się do jednego z większych miast na Eubei, a mianowicie do Chalkidiki, które znajduje się nad Cieśniną Ewripos. Podobno rzeka płynąca tą cieśniną codziennie o godzinie 13:00 zmienia nurt. Zwiedziliśmy także kilka prawosławnych kościołów. Miały one białe kopuły - podobne do tych jakie mają świątynie na Santorini (tyle, że w Santorini kopuły są niebieskie). Atrakcji było wiele, ale czasu mało. W niedzielę postanowiliśmy odpocząć od wszelkich wycieczek i wylegiwać się na plaży, ponieważ w poniedziałek czekała nas całodniowa wycieczka do Delf położonych w Fokidzie - miejsca słynnej wyroczni Apollina.

    Wstaliśmy wcześniej niż zwykle, bo o 7:00. Kilka minut na poranną toaletę, potem śniadanie i już byliśmy gotowi do wyjazdu. Podróż trwała około trzech godzin. Jechaliśmy przez kręte ulice, które prowadziły raz w górę, a raz w dół. Kiedy przejeżdżaliśmy przez pewne miasteczko znajdujące się wysoko nad poziomem morza, to ciśnienie było tak duże, że poczułam ukłucie w uszach - nie wiem jak ktoś może mieszkać na takiej wysokości. Za to widoki były przepiękne: góry, na których znajdowało się wiele krętych dróg, a w oddali morze, a do tego śliczne niebieskie niebo - po prostu raj na Ziemi! Gdy już dojechaliśmy do Delf, zwiedziliśmy muzeum, w którym znajdowało się wiele posągów i rzeźb. Potem czekała nas wyprawa na górę do świątyni Apollina. Droga była bardzo ciężka - cały czas pod górkę i do tego taki upał. ale warto było odwiedzić słynną wyrocznię, o której do tej pory tylko czytałam. W pewnych momentach nie mogłam uwierzyć, że kilka tysięcy lat temu działy się tu takie rzeczy. 

Ja oczywiście - w Chalkidiki

 Potem wyruszyliśmy, by zobaczyć Termopile - słynny wąwóz i miejsce bitwy między Grekami i Persami w 490 r p.n.e. Teraz stoi tam pomnik Leonidasa i poległych Spartan oraz tablica ze słynnym napisem Simonidesa z około 480 r p.n.e.: "Przechodniu, powiedz Sparcie, że spoczywamy tu słuszni jej prawom". Znajdują się tu także ciepłe źródła wody (bo termopile po grecku znaczy "ciepłe wrota"). We wtorek znów mogliśmy wylegiwać się na plaży. Po południu wybraliśmy się kolejny raz do Eretrii. Razem z koleżankami znalazłyśmy kilka sklepów z pamiątkami, których właścicielami byli Polacy, więc miałyśmy rabat. Kupiłyśmy także widokówki i oczywiście coś do picia, ponieważ następnego dnia znów czekała nas całodniowa wycieczka - tym razem do Aten. Podróż do Aten zajęła nam około pięciu godzin, ale połowę tego czasu zajęło nam przejechanie przez samą stolicę, ponieważ panował tu bardzo duży ruch. Na początku mieliśmy czas dla siebie, więc natychmiast zabraliśmy się do zwiedzania Aten - niestety udało nam się zwiedzić tylko niewielką część tego pięknego miasta. Nasze zainteresowanie wzbudził Parlament. Przed jego budynkiem stało dwóch greckich żołnierzy, by co godzinę zmienić wartę. Ubiorem przypominali trochę Szkotów - tyle, że ich spódnice nie miały kraty. Był bardzo upalny dzień, a oni stali tam w bezruchu i do tego dość ciepło ubrani - to się nazywa prawdziwy patriotyzm. Na placu przed Parlamentem chodziły sobie gołębie, które nie bały się ludzi i pozwalały się karmić (a ja już myślałam, że tylko w Krakowie tak jest). Po zwiedzeniu najważniejszego budynku państwa wybrałyśmy się do podziemi Aten, by zobaczyć metro (niestety w Szczecinie nie ma metra, więc to była też w pewnym sensie jakaś atrakcja). Przechadzałyśmy się też wieloma ateńskimi uliczkami. W tych węższych uliczkach można było chwilę odpocząć od szumu miasta. Gdzieś tam w kawiarni słychać było grecką muzykę. Ktoś rozwieszał pranie na suszarce - po prostu zwyczajne greckie życie.

 Niestety czas szybko minął i musiałyśmy wracać na umówione miejsce, by stamtąd całą grupą wybrać się na Akropol. o kilkunastu minutach byliśmy już pod Akropolem, ale zanim wychowawcy kupili bilety, my zdążyliśmy skoczyć jeszcze do jakiegoś sklepu po coś do picia. A pić się chciało bardzo - tym bardziej na Akropolu, gdzie temperatura wynosiła około 38 stopni w cieniu, a cienia niestety tam nie było. Dostaliśmy bardzo sympatyczną przewodniczkę, która jest Polką, ale mieszka w Grecji od kilku lat. Powiedziano nam, że mieliśmy szczęście, bo polskich przewodników jest tylko dwóch, a bez przewodnika tak dużej liczy osób nie wpuściliby. Drogą prowadzącą na Akropol szło się bardzo przyjemnie. Z każdym krokiem znajdowaliśmy się coraz wyżej, aż po kilku minutach ukazał nam się widok na panoramę miasta. Akropol znajdował się w samym centrum Aten. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy teatrze Herodesa Attyka.

Teatr Herodesa Attyka

Jest to starożytny teatr, jednak do tej pory odbywają się tam koncerty i różne przedstawienia. Przewodniczka powiedziała nam, że niedawno gościł tu także Sting. Po chwili ruszyliśmy dalej. Przed wejściem na Akropol stało kilkanaście potężnych jońskich kolumn. Gdy je minęliśmy ukazał się tak długo oczekiwany Partenon - słynna świątynia Ateny Partenos, która została wzniesiona w latach 447-432 p.n.e. z inicjatywy Peryklesa. We wczesnym średniowieczu świątynia ta została zmieniona na kościół chrześcijański, a potem na meczet. W XVII w. Partenon został częściowo zniszczony podczas oblężenia przez wojska weneckie, a na początku XVIII w. część zachowanych rzeźb Partenonu wywieziono do Londynu. Do tej pory Ateńczycy starają się je odzyskać - z różnym skutkiem. Obecnie Partenon jest powoli odbudowywany. 

 

Akropol

Na Akropolu znajduje się także świątynia Ateny Nike wybudowana w 427 r p.n.e. oraz świątynia Artemidy Brauriona. Jest jedna rzecz, która do tej pory zadziwia wszystkich, a mianowicie drzewo oliwne, które rośnie sobie na Akropolu. Panuje tu taki upał, że nawet trawa nie rośnie, a drzewo oliwne jest i nawet wydaje plony. Na końcu zwiedziliśmy muzeum na Akropolu. Znajdowały się tu rzeźby i pomniki, które przetrwały, a także te odzyskane, które przywieziono z Londynu. Troszkę zmęczeni, ale bardzo podekscytowani wycieczką wróciliśmy do naszego ośrodka.

    Czwartkowy ranek spędzaliśmy w ośrodku. Po południu stwierdziliśmy, że przejedziemy się jeszcze raz do Chalkidiki. Czas wyjazdu z Grecji przypadał na sobotę - czyli już za dwa dni. Powoli zatem zaczęliśmy "zaopatrywać" się w przeróżne pamiątki oraz żywność. Jutro czekała nas - już ostatnia niestety - całodniowa wycieczka.

    P
iątek, zresztą jak każdy dzień, przywitał nas słońcem. Od razu po śniadaniu wyruszyliśmy do Koryntu. W starożytności Korynt był jednym z głównych ośrodków gospodarczych i kulturalnych Grecji.

   Na początku I wieku św. Paweł założył tu jedną z pierwszych gmin chrześcijańskich. Naszym celem było zwiedzenie ruin doryckiej świątyni Apollina oraz Kanału Korynckiego, który łączy Zatokę Sarońską z Zatoką Koryncką. Niestety, gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że wszystkie muzea w Grecji strajkują. Byłam trochę zła, a zarazem szczęśliwa, bo wycieczkę do Aten przesunęliśmy na środę, choć miała być dzisiaj, a ja bardzo chciałam zobaczyć Akropol i chyba bym nie wybaczyła im tego strajku, gdyby to dziś była wycieczka do stolicy. Na szczęście główny cel mojego przyjazdu do Grecji już zwiedziłam, więc nie przejęłam się bardzo tym strajkiem. Poszliśmy więc zobaczyć Kanał Koryncki. Kanał ten został wybudowany w latach 1881 - 1893, by statki nie musiały przepływać całego Peloponezu. Ma on długość 6,3 km, a jego szerokość wynosi około 24 m. Tak więc nawet statki pasażerskie się w nim mieszczą. Wbrew pozorom jest on bardzo płytki (zaledwie 7 m).

Kanał Koryncki

 Potem wybraliśmy się do Nafplionu. W 1822 roku było to miejsce pierwszego sejmu greckiego. Przez jakiś czas miasto było również stolicą Grecji. Do zabytków zalicza się wiele grobów i twierdz. Naszym planem było zwiedzenie jednego z nich, ale niestety z powodu strajku nie udało nam się to. Tak więc zwiedziliśmy same miasto. Było tu dość spokojnie. Kawiarenki prawie puste, po ulicy tylko od czasu do czasu ktoś się przechadzał, a może po prostu wszyscy siedzieli w domach - nic dziwnego w taki upał.

Przedostatni dzień wycieczki minął nam jeszcze szybciej niż poprzednie dni. Po powrocie do ośrodka szybko pobiegłam na plażę, by zrobić zdjęcie zachodzącego słońca. Już od rana siedziałam na plaży, by ostatni raz skorzystać z promieni greckiego słońca.

To był niestety ostatni dzień obozu. W południe wybraliśmy się do Eretrii, by wydać drachmy, które nam pozostały. Kupiłam jeszcze kilka pamiątek oraz jakiś prowiant na drogę, a kilka monet zostawiłam sobie na pamiątkę. Potem tylko wskoczyliśmy do pokoi, by spakować swoje rzeczy i już o 15:00 wyruszyliśmy w drogę. Znów przemierzaliśmy całą Grecję (tym razem jechaliśmy na zachód). W Patras czekaliśmy jeszcze chwilę na prom, by dokładnie o 24:00 odpłynąć od pięknych ziem greckich. Stanęłam przy barierkach i z łezką w oku powiedziałam: "Żegnaj Grecjo!". Byłam bardzo zmęczona, więc położyłam się spać. Noc była zimna i deszczowa. Jednak ranek znów obudził nas pięknym słońcem - już nie greckim niestety, co szybko dało się odczuć, ponieważ było o wiele zimniej. Nie chciało mi się już pływać w basenie, a na promie chodziłam w swetrze - strasznie wiało. Razem z koleżanką obeszłyśmy prom chyba ze trzy razy, aż w końcu trafiłyśmy na trzech sympatycznie wyglądających chłopaków. Na początku wydawało nam się, że są z Włoch, ale po naszej rozmowie okazało się, że są z Grecji. Umówiłyśmy się z nimi, że spotkamy się jeszcze dziś na dyskotece na promie. Podchodzili również do nas starsi mężczyźni, proponując, że postawią nam drinka na imprezie, ale my szybko ich spławiałyśmy. Potem odwiedziłyśmy jeszcze salon gier i kilka sklepów. Gdy nadszedł wieczór zrobiłyśmy sobie fotkę na tle zachodzącego słońca. i zaczęłyśmy szykować się do całonocnej imprezki. Większość ludzi bawiących się na dyskotece należała do naszego obozu i była w wieku od 16 do 24 lat. Nasi trzej koledzy, których poznałyśmy popołudniu, również byli na imprezie. Nie tańczyli jednak, bo zauważyli, że cały parkiet zajmują Polacy. Nad ranem poszłyśmy do swoich kajut, aby zdrzemnąć się chociaż przez chwilę. Wstałyśmy około 9. Potem tylko poranna toaleta i wybrałyśmy się na prom by poszukać naszych trzech wstydliwych Greków. Zrobiłyśmy sobie z nimi zdjęcie i. na nic już nie starczyło czasu, bo prom przycumował do brzegu i trzeba było wysiadać.

Z Triestu wyjechaliśmy około 12:00. We Włoszech poniedziałek zapowiadał się bardzo słonecznie, niestety my musieliśmy wracać do Polski, gdzie przez dwa tygodnie cały czas pada. Już w Austrii zauważyliśmy burzowe chmury, a w Czechach - po raz pierwszy od dwóch tygodni - poczuliśmy jak smakuje deszcz. Szybko zjedliśmy kolację i ruszyliśmy dalej, ponieważ o 6:00 rano mieliśmy być już w Szczecinie. Obudziłam się około 5:00 i zobaczyłam, że od Szczecina dzieli nas tylko kawałek drogi. Potem już nie mogłam zasnąć. Wszyscy powoli się budzili. Nareszcie zobaczyłam znajome budynki i ulice. Byłam taka ciekawa co się dzieje w domu, ale zarazem nie chciałam do niego wracać. Chciałam być teraz w Grecji. Obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś tam wrócę i na pewno dotrzymam tej obietnicy.

Dorota              

GALERIA DOROTY

(napisz do mnie)

  (obejrzyj moje zdjęcia)