GRECJA 2000 - Relacja z rejsu Adama Sulewskiego           powrót

Pewnego sierpniowego dnia jechałem sobie na konie rowerem. Było to jeszcze przed rejsem z Trzebieżą na morze Północne, gdy pomyślałem sobie, że w te ferie zimowe można by gdzieś popłynąć zamiast jechać na narty. Najbliższym ciepłym krajem jest Grecja.

Łatwe okazało się wypożyczenie jachtu, bowiem firma Navigare, która ma swoją siedzibę w HKŻ, ma znajomości z armatorami nad morzem Śródziemnym i specjalizuje się w charterach. Już pod koniec sierpnia miałem ustalony termin i cenę, która okazało się dość niska, kto bowiem żegluje na przełomie stycznia i lutego?... Pozostał jedynie problem znalezienia chętnych. Zacząłem pytać znajomych, informować kursantów podczas wykładów w Kiekrzu na weekendowych kursach na żeglarza i sternika. No i jakoś się udało, pod koniec grudnia miałem już 9 osób załogi. Termin rejsu wypadł w dniach 22 stycznia - 6 luty 2000.Jednak dojazd rejsowym autobusem przez Rumunię i Bułgarię zajął w każdą stronę dwie doby. Niektórzy a w tym i ja polecieli samolotem, co zajmowało znacznie krótszy przedział czasowy. Jedzenie kupiliśmy w Poznaniu, zapakowali je w kartony i zabrali autobusem do Aten, które były miejscem początku naszego rejsu. Uprzejma firma Amex z Wrocławia zgodziła się podwieźć wraz z bagażami 7 osób załogi aż pod samą marinę. Gdy wysiadłem z samolotu w stolicy starożytnych Greków, poczułem zew ciepłego powietrza, tak obcy o tej porze roku w kraju. W marinie już czekał właściciel jachtu s\y Legend IV, 13 metrowego slupa, z rollfokiem i rollgrotem o łącznej powierzchni 100 metrów kwadratowych. Odziany w zimowy kożuch chował się co chwile w samochodzie, podczas gdy w trójkę, ubrani w T-shirty , sprawdzaliśmy jacht pakując do niego rzeczy. Wieczorem z opóźnieniem zaledwie dwóch godzin przybyła reszta ekipy z jedzeniem i spłaszczonymi tyłkami po dwudobowej podróży. Ich humory zaraz się poprawiły po wzięciu ciepłego prysznica na jachcie( była bieżąca, ciepła woda, podgrzewana z silnika.)

Na następny dzień koło południa wypłynęliśmy przy pięknej, słonecznej pogodzie w kierunku Aiginy. Nie obyło się oczywiście bez oddania Neptunowi zawartości żołądka. Niewielką odległość, mimo niesprzyjającego kierunku wiatru, udało się pokonać, tak że wieczorem już byliśmy w porcie. Rankiem przywitał nas klekot być może polskich bocianów, które jak my wybrały się do ciepłych krajów. Konsumując śniadanie na pokładzie w trakcie płynięcia, dotarliśmy po południu do kanału Korynckiego. Jest to wysokie na ponad 100 m wydrążenie w skale wykopane ręcznie o długości około 2 km. Widok z góry jest naprawdę imponujący. Niestety przepłynięcie jachtem w jedną stronę kosztuje ponad 500 PLN. Obsługa poinformowała nas, że jest to najdroższy kanał na świecie w przeliczeniu na długość, a przecież przy opłynięciu  Peloponezu wcale nie nadkłada się znacznie drogi. Na noc wyruszyliśmy na odwiedzoną już przeze mnie wyspę Idrę (Hydrę).  Znajduje się na niej uroczy kościółek z klasztorem i portowe miasteczko z kilkoma greckimi wiatrakami. Już od rana 

Maciej, sprawujący akurat wraz z pozostałymi dwoma członkami załogi, wachtę kuchenną, zajął się łowieniem ryb. Po paru godzinach w wiadrze i zlewie pływały pomarańczowo okie żółte stwory, nie zachęcająco wyglądając w perspektywie zbliżającego się obiadu. Na szczęście na targu nieopodal sprzedawano ten sam gatunek ryb, więc Maciej  przystąpił do smażenia. Okazały się niezwykle smaczne. Cała załoga mogła nasycić swoje żołądki, polewając strawę świeżą cytrynką i popijając białym winem. Kucharz bez wątpienia zasłużył na wielkiego plusa u pierwszego oficera, a nawet u kapitana... Następnie skierowaliśmy się w stronę Iraklion na Krecie. Po drodze o trzeciej w nocy zawinęliśmy na jakąś godzinę do małej wioski na brzegu Peloponezu a następnie ruszyliśmy już prosto kursem SE, mknąc wiejącym z rufy umiarkowanym baksztagiem. Po około 18 godzinach, mając już zaledwie 1/4 drogi do przebycia, wiatr zupełnie nieoczekiwanie i niezgodnie z grecką prognozą pogody, zaczął przybierać na sile osiągając w porywach 8 st. B. Fala jednak nie zdążyła się jeszcze utworzyć więc na zrefowanych żaglach, a szczególnie wydając komendy ze środka, płynęło się dość przyjemnie... Gdzieś o trzeciej w nocy minęliśmy główki portu, biorąc od razu ciepły prysznic z nagrzanego przy manewrach portowych silnika. Rano obudziłem się z wielką stratą ulubionych spodni, które widocznie źle przywiązałem do relingu gdzie miały się suszyć. Wiatr nadal nie zelżał i do tego jeszcze zmienił kierunek na zupełnie południowy, zatrzymując nas całą dobę na wyspie. Nie okazało się to na pewno stratą, zajęliśmy się bowiem zwiedzaniem, jedzeniem świeżych pomarańczy i piciem już teraz nie zredukowanej ilości alkoholu... Następnego dnia rano wiatr zmienił kierunek o 90 o i znacznie spadł na sile, więc od razu wyruszyliśmy. Kreta za rufą swymi ośnieżonymi wysokimi  szczytami, komponującymi się z błękitnym morzem, zapierała dech w piersiach.  

Kursem północnym zmierzaliśmy w  kierunku malowniczej wyspy Santorini. Gdy  zapadł zmrok na niebie pojawiły się gwiazdy. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem! Na otwartym morzu wszystkie konstelacje są zawsze dobrze widoczne, jednak wtedy, zapewne dodatkowo z powodu zimowej pory, niemalże można było czytać książkę przy świetle Drogi Mlecznej.  Wyspa Santorini to pozostałość po wybuchu wulkanu, który jakieś trzy tysiące lat temu zniszczył tamtejszą cywilizację. Ten skrawek lądu ma kształt półksiężyca, z niewielkim kraterem na środku zatoczki. Dobija się do wąskiej kei, kończącej się stromą skałą, na której została zbudowana kolejka i schody wijące się jak serpentyna. By dojść do miasta Thira, znajdującego się na górze, czekał na nas wyczerpujący marsz po schodach. Z powodu pory roku na wyspie nie było w ogóle turystów, można było bez problemu maszerować po wąskich uliczkach, podziwiając białe domki i kościółki z niebieskimi dachami. Zupełnie inaczej niż podczas mojej poprzedniej wizyty, gdzie tłumy niemieckich turystek blokowały przejście. Wypożyczyliśmy również samochody, by pojeździć po reszcie wyspy. 

Kolejnym odwiedzonym miejscem była Ikaria, gdzie za mniej niż złotówkę można było kupić kilogram świeżych pomarańczy rano rwanych z drzewa. Następnie dobiliśmy do Chios, miejsca narodzin Homera. Od najbliższego portu w Turcji dzieliło nas jakieś 10 Mm. Gdy zapytałem w siedzibie Greckich Służb Granicznych czy mogę po prostu płynąć do Turcji, powiedzieli że tylko muszę przenieść paszporty. To był mój błąd, dziś już wiem, że jak urzędnik nie zapyta to nigdy nie należy się wyrywać jako pierwszy... Straciłem ponad godzinę, gdy ten wypisywał greckimi ptaszkami multum dokumentów, kończąc wreszcie swoją pracę określeniem na kartce sumy jaką mam zapłacić z tytułu opuszczania Unii Europejskiej. Był wściekły jak mu powiedziałem, że już mi się odechciało płynąć do Turcji... Wyszedłem z biura, oddaliśmy cumy i po prostu skierowaliśmy się do Cesme... Gdy wpłynęliśmy do mariny, na brzegu już czekali na rzucenie cum ładnie ubrani chłopcy. Obawialiśmy się że każą nam płacić fortunę, tymczasem wcale tak nie było. Do miasta leżącego  kawałek od portu jachtowego udaliśmy się autobusem, który chyba zgodnie z tureckimi przepisami nie uznawał czerwonych świateł... Na szczęcie dotarliśmy bezpiecznie. W mieście zjedliśmy prawdziwego, tureckiego kebaba,kupiliśmy kilogram pistacji i wróciliśmy o zmroku na łódkę. Podczas kolejnych dwóch dni, z powodu braku wiatru, snuliśmy się wzdłuż północnych brzegów wyspy Chios, robiąc czasem przez całą noc nawet 5 Mm... Było tak ciepło, że prawie bez żadnych oporów można się było kąpać z jachtu w błękitnej wodzie morza Egejskiego. Wreszcie troczę przywiało, przy spokojnej fali zrobiliśmy sesję zdjęciową jachtu w ruchu ze zwodowanego pontonu. Powoli trzeba było się kierować z powrotem do Aten. 

Po drodze dobiliśmy jeszcze na Psarę, Mikonos, Tinos - Greckokatolickiej Częstochowy. Niestety rano podczas postoju na świętej wyspie, zbudził nas świst wiatru. Okazało się że całkiem nieźle łuzga. Ale jacht trzeba było za dwa dni oddać więc po ocenieniu dość korzystnego kierunku sztormowego wiatru, odeszliśmy od kei. Morze było wzburzane a krótkie, egejskie fale rozbijały się o wątłe burty, komfortowego i nowoczesnego jachtu, skaczącego teraz jak piłka. Sytuacja jednak była w pełni opanowana, posuwaliśmy się zamierzonym kursem na małym foczku przy wietrze dochodzącym, według aerometru do 9 o B. Po wyczerpującej 20 godzinnej przeprawie udało się z trudem wejść do portu Lavrio. Silnik bowiem, pracując prawie na pełnej mocy, podczas koniecznego do przebycia kawałka pod wiatr pchał jacht zaledwie z szybkością 1kn (1 węzeł). Byliśmy już prawie w domu, od Aten dzieliło nas jakieś 20Mn. Przycumowani do kei osłoniętego portu, spaliśmy zasłużonym snem, budząc się rano przy pięknej, słonecznej pogodzie. O trzeciej po południu minęliśmy główki Aten. Do odjazdu autobusu pozostał jeden dzień, więc mieliśmy dużo czasu na zwiedzenie mało ciekawej stolicy Grecji i zrobienie zakupów. Niestety trzeba było wracać do szkoły, by zdać cholerną MATURĘ...

W rejsie udział wzięli:

Adam Sulewski - Kapitan
Andrzej Jaworski - I oficer
Oskar Kapala - II oficer
Jan Iżykowski - III oficer
Maciej Czech - IV oficer
Ida Florek - Załoga
Krzesimir Florek - Załoga
Jan Krowicki - Załoga
Hubert Makosz - Załoga
Monika Kąciecka - Załoga

Trasa Rejsu:\955Mm\247h  
Kalamaki (Ateny) - Aigina - Idra - Iraklion - Fira - Ikaria - Hios - Cesme - Psara - Mikonos - Tinos - Lavrio - Kalamaki

Adam Sulewski 
(o autorze - sam Autor)

GALERIA

MAPA REJSU